Ciąża jest, ojca nie ma – z życia obyczajowego mieszkańców Żółkwi
DE EN PL
Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie

Pasaż Wiedzy

Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie

Ciąża jest, ojca nie ma – z życia obyczajowego mieszkańców Żółkwi Krzysztof Kossarzecki
widok_młyn.jpg

Ogromne dobra magnackie charakteryzowały się tym, że żyły w nich setki, a nawet tysiące ludzi. Różny był ich status: od zwykłych poddanych do dobrowolnie w nich osiadłych rzemieślników, kupców czy rolników, uprawiających ziemię. Właściciele dóbr próbowali wprowadzić pewne zasady funkcjonowania takich społeczności. Ustanawiali prawa obowiązujące w ich dobrach, zobowiązywali swoich zarządców do czuwania nad ich przestrzeganiem, a wszelkie przypadki łamania zasad sądzili i karali.

Oczywiście bardzo wiele zależało od kalibru sprawy. Jeśli chodzi o dobra Sobieskich, to o najcięższych zbrodniach, jak zabójstwa, napady czy pobicia słychać naprawdę rzadko. Natomiast spraw drobniejszych, wręcz wkraczających w nurt szeroko pojętej obyczajowości, jest naprawdę bez liku. Dziś budzą nasz uśmiech, jednak ludziom w nie zaangażowanym najczęściej do śmiechu nie było – no może niekiedy i co poniektórym. Inni, gdy sami nie mogli rozwiązać problemu, zazwyczaj stawali przed sądami powoływanymi przez pana włości lub jego zarządców.

Od takich problemów nie były wolne żółkiewskie dobra Sobieskich. W zachowanych materiałach archiwalnych natknąć się można na wiele świadectw najróżniejszych konfliktów powstających pomiędzy osiadłymi tam ludźmi. Niektóre z nich, pomimo najlepszych chęci osądzających, nie znajdowały ostatecznego rozstrzygnięcia i ich finał ma na zawsze pozostać tajemnicą.

W zasobie Narodowego Historycznego Archiwum Białorusi w Mińsku [NGAB, fond 694, op. 4, nr 993, k. 320-320v] zachował się pewien ciekawy dokument, relacjonujący sprawę, która swój początek przed sądem w Dworze Żółkiewskim miała 3 V 1704 roku. Trafiła tam niejaka Anna, córka Prokopa Kupki. Była to zapewne młoda dziewczyna, poddana pana dóbr żółkiewskich, królewicza Konstantyna Sobieskiego. Jej sprawę miał osądzić sąd we dworze żółkiewskim, złożony zapewne z lokalnych urzędników królewicza. Anna oskarżała innego poddanego, młynarza Senia Mielnika, o rzecz dla niego całkiem poważną: „iakoby ią miał violenti modo in praegnare [przemocą sprawić brzemienną], co się dopiero pokazuie, iako biaległowy zeznaią, że iuz iest w piąciu miesiącu”.

Jak to bywa w takich sprawach, sędziowie zaczęli się dopytywać o szczegóły. Razem z dziewczyną obecni byli jej rodzice, którzy również musieli odpowiadać na pytania. Obraz wydarzeń z udziałem młodej Anny okazał się zupełnie typowy, podobny do przeżyć setek tysięcy młodych panien niezależnie od epoki.

W całej sprawie jedno było pewne. Nasza bohaterka przeżyła pewną przygodę, ale nikt nie wiedział, czy była to pierwsza, czy któraś z kolei – zakończona tym razem ciążą. Ze swojego stanu Anna zdała sobie sprawę dopiero po długim czasie. Gdy już nie dało się go ukryć, musieli się o wszystkim dowiedzieć jej rodzice. Pierwsze pytanie, które zaskoczonym i zdruzgotanym rodzicom cisnęło się do głów, dotyczyło sprawcy tej niespodzianki. Wówczas Anna wskazała młynarza Senia Mielnika, dodając, że wziął ja przemocą.

Młynarz przed sądem z miejsca się wszystkiego wyparł. Dodał nawet, że specjalnie zważał, by w młynie, do którego także Anna wraz z innymi robotnikami przychodziła do pracy, nie było żadnych podobnych sytuacji. Dorzucił i to, że nikt z pracujących nie może zeznać, że widział go na jakichkolwiek swawolach.

Po zeznaniach sąd miał nie lada problem do rozstrzygnięcia. Z jednej strony oskarżenie Anny, z drugiej zeznanie młynarza, co do którego wiadomo było, że żaden z pracujących w młynie mu nie zaszkodzi. Nie była to epoka badań genetycznych, za pomocą których z miejsca można by stwierdzić, kto jest ojcem. Na niekorzyść dziewczyny przemawiało i to, że przez pięć miesięcy nie przyznała się do niczego rodzicom i nie wskazała winnego wcześniej. Najważniejsze jednak, że nie podała żadnych świadków zdarzenia, o które oskarżała młynarza.

Dodatkowo dość szybko sędziowie zaczęli mieć wątpliwości co do reputacji dziewczyny. Dopytując się o nią, usłyszeli od poniektórych, że chodziła na pastwiska i tam razem z pastuchami pasała bydło. Zapewne niejedna wiejska dziewucha pasała w takim towarzystwie bydło. Jednak w konkretnym przypadku Anny mogło znaczyć to coś więcej. Grono kandydatów na tatę dziecięcia, pozostającego jeszcze w brzuchu przyszłej mamy, raptem się powiększyło.

Dziewczyna chyba zaczęła czuć się osaczona pytaniami i oskarżeniami... Nadal jednak twardo obstawała przy swoim. Twierdząc, że młynarz jest sprawcą ciąży, nie chciała wskazać żadnego innego mężczyzny, który by mógł być ojcem jej dziecka. Całą krytyczną sytuację, w jakiej znalazła się Anna, opisano w protokole sprawy następująco: [k.320-320v] „Sąd tedy Dworski Żółkiewski Administratorski uważywszy oboiey strony skargi i odpowiedzi, tak deciduie. Ponieważ biała głowa w przypadku swoim bez wszelkiego dokumentu na człowieka instiguie, będąc w taki wielu inszych okaziach ustawiczną, zwłaszcza z pastuchami bydła pasając, iako ludzie świadczą, powinna być karana rózgami od ludzi z Gromady, na to wystawionymi, pułtorasta plag, waruiąc iey zdrowie w tym karaniu y iey płodu, aby koniecznie przyznała z kim się to stało, gdzie na którym mieyscu, y iak dawno, ponieważ teraz żadney nie przyznawała prawdy y rozmaicie opowiadała”.

Zniecierpliwieni sędziowie postanowili przymusić Annę do wyjawienia prawdziwego winnego przy pomocy 150 rózeg. Wymierzyć je mieli ludzie wyznaczeni przez starszyznę jej wsi, czyli sąsiedzi. Warto podkreślić swoisty humanitaryzm ówczesnych sędziów, którzy zastrzegli, że chłosta ma być tak przeprowadzona, by nie zaszkodziła ani Annie, ani jej dziecku.

Finał sprawy nieco zadziwia. Sędziowie mieli chyba jakieś wątpliwości, zastrzegli bowiem, że jeśli kobieta nie przyzna się i nie wskaże innych winnych, to Mielnik sam, nie dlatego żeby był winny, gdyż na to nie ma żadnego dowodu, „powinien będzie dać złotych szesnaście na krowę dziecięciu na wyżywienie, jeśli się prawdziwie pokaże dziecię”. Do egzekucji tego dekretu Anna miała siedzieć sama jedna za kratą, a obwiniony miał pozostawać pod kontrolą. Także Gromada i starszyzna wiejska wycofała się z wymierzenia plag „póki się ta białogłowa od ciężaru nie uwolni”.

Jaki był sens takiego zakończenia sprawy? Dlaczego nie wystosowano oficjalnego oskarżenia wobec Mielnika, a jednocześnie nakazano mu opłacenia krowy? Z jakiego powodu gromada odstąpiła od wychłostania Anny? Nie mamy pewności, ale możliwe, że powszechnie było wiadomo, że Anna mówiła prawdę. Nie miała tylko świadków, którzy by jej zeznania poparli. Jej słowo, słowo zwykłej poddanej, znaczyło niewiele przeciwko słowu młynarza, a jeszcze traciło na wartości w świetle doniesień o pasaniu przez nią bydła w towarzystwie pastuchów. Jeśli tak było, to sędziowie, nie będąc w stanie udowodnić winy młynarzowi, a dopełniając wymogów ówczesnego prawa, zrobili, co mogli, w sprawie młodej Anny.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego:

Logo MKiDN

Informujemy, iż w celu optymalizacji treści dostępnych na naszej stronie internetowej oraz dostosowania ich do Państwa indywidualnych potrzeb korzystamy z informacji zapisanych za pomocą plików cookies na urządzeniach końcowych Użytkowników. Pliki cookies mogą Państwo kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Dalsze korzystanie z naszej strony internetowej, bez zmiany ustawień przeglądarki internetowej oznacza, iż akceptują Państwo stosowanie plików cookies. Potwierdzam, że aktualne ustawienia mojej przeglądarki są zgodne z moimi preferencjami w zakresie stosowania plików cookies. Celem uzyskania pełnej wiedzy i komfortu w odniesieniu do używania przez nas plików cookies prosimy o zapoznanie się z naszą Polityką prywatności.

✓ Rozumiem