Tematy

Wraz z twórcami z epok dawnych autor odkrywa uroki kobiecych piersi, zagląda pod odzież kąsanych przez pchły dziewcząt, interesuje się losem piesków pokojowych w buduarach, uczestniczy w pokazie anatomii, staje przed drzwiami sypialni kochanki i wsłuchuje się w staropolskie serenady. Zbierając swe studia z pogranicza historii kultury i literatury, Radosław Grześkowiak wyszperał z kart manuskryptów wiele mało znanych utworów, które wzbogacają narrację. Pasja poznawcza, odkrywczość i talent interpretacyjny to z pewnością walory widoczne w tej książce, gdonej polecenia zainteresowanym zarówno literackimi kuriozami, jak i w ogóle dawną kulturą.



Elekcja Jana III Sobieskiego

Silva Rerum
44_sobieski_tricius.jpg

Zanim opowiemy o elekcji Sobieskiego w 1674 roku trzeba przypomnieć, że instytucja wolnej elekcji – ostoja wolności szlacheckiej – przeżywała w połowie XVII wieku pewien kryzys. Ciąg klęsk jaki dotknął Rzeczpospolitą, od powstania Chmielnickiego począwszy, a na potopie szwedzkim (jak dotąd) skończywszy, skłonił niektórych członków magnackiej elity do zastanowienia się nad możliwością reform, czy może lepiej powiedzieć poprawek, w ustroju państwa. Do tego zmierzały propozycje zmian formułowane w publicystyce politycznej, a także zarys reform dyskutowany podczas poselsko-senatorskiego zjazdu w 1658 roku. Zamyślano o ograniczeniu wolnego „nie pozwalam” do konkretnych ustaw, a nie całego dorobku ustawowego zrywanego sejmu, nawet o wprowadzeniu głosowania większością kwalifikowaną (2/3) królewskich propozycji, o wprowadzeniu stałych podatków pośrednich, poszerzeniu grona senatorów rezydentów o przedstawicielstwo izby poselskiej i w ten sposób stworzeniu permanentnego, kolegialnego organu władzy wykonawczej. I wreszcie – last but not least – o korekcie procedury wolnej elekcji poprzez wprowadzenie elekcji za życia panującego monarchy.

Rzecz jasna w oczach konserwatystów wszystkie te postulaty uchodzić musiały za podejrzane, stąd konkluzja formułowana przez takich myślicieli jak Aleksander Maksymilian Fredro, że klęski połowy stulecia nie są dowodem słabości Rzeczypospolitej, lecz jej siły, bowiem żadne inne państwo nie przetrwałoby takiej masy następujących po sobie nieszczęść. Paradoksalnie, ten sposób rozumowania zdawał się podzielać nie byle kto, bo sam Wielki Elektor brandenburski, Fryderyk Wilhelm, który w swym testamencie radził synowi, by trzymał się sojuszu z Rzeczpospolitą, która „nigdy nie wymiera”. Natłok wydarzeń bieżących, odnowienie wojny z Moskwą o Ukrainę, gigantyczne długi wobec wojska i jego konfederacje, spowodowały, że ambitne plany reform nie zostały wcielone w życie, a wydarzenia bieżące przesłonił cień rzucany przez czarne chmury zbierające się nad polsko-litewskim państwem. Cień, z którego zdawał sobie sprawę król Jan Kazimierz, i o którym potrafił przekonująco mówić posłom na sejmie 1661 roku, gdy przepowiadał przyszły rozbiór państwa (co późniejsi historycy często, może nawet nazbyt często, lubili eksponować). Rzecz w tym jednak, że niemal cały program reform sprowadził się w ujęciu korony do jednego tylko punktu: wprowadzenia elekcji vivente rege. Sprawa nie była oczywiście błaha, ale też dla każdego niemal szlachcica zorientowanego w polityce aż nadto oczywiste było, że dwór nie działa pro publico bono, lecz forsuje interes dynastyczny, nie tyle Wazów – Jan Kazimierz był przecież bezdzietny – co jego małżonki, Ludwiki Marii Gonzagi. Ta niewątpliwie zdolna i twarda kobieta, która zasłużyła sobie na szacunek poddanych zdecydowaną postawą w czasie szwedzkiego najazdu (ba, nawet bardziej zdecydowaną niż postawa jej królewskiego małżonka), teraz błyskawicznie przemieniała się z bohaterki pozytywnej w „Megierę Piekielną”. Zarzucano jej, że w drodze zakulisowych intryg zamierza wylansować na tron polski kandydata, który zgodzi ożenić z jej siostrzenicą, Anną Henriettą Julią, księżniczką bawarską. Nie była to oczywiście cała prawda, ale nie sposób nie odnieść wrażenia, że sprowadzenie reform do kwestii dynastycznej, do reformy wolnej elekcji, musiało wyglądać na zamach na podwaliny ustroju Rzeczypospolitej.

Próby przeforsowania elekcji vivente rege kandydata popieranego przez Francję podczas sejmu 1661 roku zakończyły się fiaskiem. Nie pomogło nawet, wspomniane już wyżej krasomówstwo Jana Kazimierza. Dwór nie nadawał jednak za wygraną i zamierzał szukać oparcia w skonfederowanym już wówczas wojsku oraz w bliskich mu senatorach. Skrypt popierający elekcję vivente rege podpisali wówczas m.in. kanclerz koronny Mikołaj Prażmowski, kanclerz litewski Krzysztof Pac, wojewoda ruski Stefan Czarniecki, a także chorąży koronny Jan Sobieski oraz marszałek wielki i hetman polny koronny Jerzy Sebastian Lubomirski. Ten ostatni jednak – nie bacząc na ów, nielegalny przecież skrypt – dość szybko poróżnił się z dworem. Nieobca mu była myśl o zmianie kształtu ustrojowego państwa, ale nie zamierzał godzić się na francuskiego kandydata, jeśli już to lepszy byłby któryś z Habsburgów, jak potajemnie (rzecz jasna) rozumował. Za sprawą królowej („wodzącej króla jak mały Etiopczyk słonia”, jak mawiano), kobiet z fraucymeru królowej (w tym ukochanej Sobieskiego, Marysieńki), francuskich subsydiów (mówiąc dzisiejszym językiem po prostu łapówek), habsburskich kontrsubsydiów i Lubomirskiego, zaczęła się zakulisowa gra o tron Rzeczypospolitej. Nie mogąc działać otwarcie, królowa postawiła wszystko na jedną kartę i postanowiła zniszczyć Lubomirskiego. Postawiony przed sądem sejmowym, został skazany na banicję, utratę majątku i urzędów. Marszałek schronił za granicą, skąd miał jeszcze powrócić.

W czasie tych zmagań, Jan Sobieski, jeszcze niedawno podkomendny Lubomirskiego, stał po stronie „Megiery Piekielnej”. Najsilniejszym bodaj węzłem łączącym go z królową była piękna starościna kałuska, póki co – do maja 1665 roku - żona Jana „Sobiepana” Zamoyskiego, Maria d’Arquien, postępująca ze swym kochankiem (Celadonem, jak sam o sobie pisał), jak ów mały Etiopczyk ze słoniem. Mimo wahań wewnętrznych, Sobieski zdecydował się w 1665 roku przyjąć laskę marszałka wielkiego koronnego po wygnanym Lubomirskim. Następstwa konfliktu o los wolnej elekcji okazały się dla państwa tragiczne. Zimowa wyprawa na Moskwę 1663/1664 roku zakończyła się fiaskiem. Skazany Lubomirski zaś zdołał wywołać wojnę domową, w której kraj pogrążył się w latach 1665-1666. Militarnie zwyciężył buntownik, który jednak nie został oczyszczony z zarzutów i zmarł wkrótce na wygnaniu, plany elekcji vivente rege upadły.

Pomysły te odżyły raz jeszcze, w 1667 roku, po śmierci Ludwiki Marii, kiedy to stary i zniechęcony król Jan Kazimierz gotów był zrzec się korony, by ostatnie lata życia spędzić we Francji. Tym razem nie było już o mowy o elekcji vivente rege, lecz o opuszczeniu tronu, na którym miał zasiąść kandydat wskazany przez Ludwika XIV (myślano o synu Kondeusza, choć oficjalnie popierano księcia neuburskiego Filipa Wilhelma). Jan Kazimierz abdykował w 1668, a interesów francuskich podczas bezkrólewia doglądać miało stronnictwo profrancuskie z prymasem (byłym kanclerzem koronnym) Mikołajem Prażmowskim oraz marszałkiem koronnym i hetmanem wielkim koronnym Janem Sobieskim na czele.

I tym razem jednak plany frakcji profrancuskiej zostały pokrzyżowane. Już podczas sejmu konwokacyjnego w listopadzie i grudniu 1668 roku pojawiły się głosy by wybrać kandydata krajowego, „Piasta”, jak mawiano. Twierdzono, że osoby zgłaszające kandydatów cudzoziemskich zostały przez nich zapewne przekupione. Nastroje szlachty najlepiej wyczuł były sojusznik Ludwiki Marii, podkanclerzy koronny i biskup chełmiński Andrzej Olszowski. Zamiast stawiać na cudzoziemca zaproponował Michała Korybuta Wiśniowieckiego, człowieka, który osobiście się niczym nie wyróżniał, ale za to był synem nieżyjącego już od 7 lat legendarnego Jaremy Wiśniowieckiego. Szlachta kandydaturę tę poparła, ale ponieważ spodziewano się matactw ze strony frakcji profrancuskiej, niemal wszystkie sejmiki wezwały do stawienia się na pole elekcyjne pospolitym ruszeniem.

To, co się rozegrało w wolskim kole elekcyjnym w maju i czerwcu 1669 roku, stało się dla wielu potomnych, w tym historyków, symbolem szlacheckiej anarchii, ucieleśnieniem wszelkich cieni wolnych elekcji. 6 czerwca szlachecki tłum groźbą użycia siły zmusił obradujących w szopie senatorów do wykluczenia kandydatury młodego Kondeusza. Kilku senatorów usiłowało się sprzeciwić, większość butnych na co dzień magnatów poszła jednak w ślady biskupa kujawskiego Floriana Czartoryskiego, który deklarował: głos ludu jest głosem Boga, kogo lud wyklucza, tego i ja mam za wykluczonego. Jeszcze gorzej było 17 czerwca, a emocje wzrosły wobec pożaru w Warszawie, który – zdaniem wielu uczestników – nie był tylko nieszczęśliwym wypadkiem. Szlachta otoczyła szopę, zarzucając senatorom tajne konszachty z cudzoziemcami i zdradę, padły strzały. Tak ci skończyła się sesyja tragicznym widowiskiem – pisał uczestnik wydarzeń Jan Chryzostom Pasek – […] panowie biskupowie, senatorowie powyłazili spod krzeseł, spod karet wpół ledwo żywi. Dwa dni później padło nazwisko Wiśniowieckiego jako nowego króla. Uczestnik elekcji Jan Antoni Chrapowicki pisał: wszędzie sesyje były – jedni chcieli Nejburczyka, drudzy Lotaryńczyka: tandem wniesiono, że ponieważ nie możemy się zgodzić, więc żeby do zamieszania nie doszło między nami samymi, obierzemy sobie Piasta. A osobliwie książęcia Michała Wiszniowieckiego. Opierający się z ogłoszeniem werdyktu zebranych prymas Prażmowski został zmuszony do zaintonowania „Te Deum laudamus”.

Choć na polu elekcyjnym wygrał Wiśniowiecki, to przecież stronnictwo malkontentów, któremu przewodzili Prażmowski i Sobieski, nie zamierzało złożyć broni. O tym, że konflikt nie wygasł, a stał się permanentny, świadczy fakt, że krakowski sejm koronacyjny został zerwany (choć koronacja miała miejsce) rękami wygnanych ze wschodniej Ukrainy egzulantów, za którymi jednak kryli się malkontenci. Nie miejsce tu na opisywanie burzliwych wydarzeń lat 1669-1673, dość powiedzieć, że nękana przez cały czas przez Tatarów Rzeczpospolita stanęła wówczas na skraju wojny domowej, a z odurzenia politycznymi emocjami wyrwała szlachtę dopiero utrata Kamieńca Podolskiego (1672), haniebny traktat buczacki i przede wszystkim groźba kolejnego tureckiego najazdu, tym razem mogącego już dotrzeć pod Kraków, a nie tylko Kamieniec Podolski. Nikt inny poza znienawidzonym Sobieskim nie był w stanie przeciwstawić się Turkom. Zwycięstwo w bitwie chocimskiej 10-11 listopada 1673 roku na jakiś czas przynajmniej odwlekło groźbę tureckiego najazdu.

10 listopada 1673 roku zmarł we Lwowie Michał Korybut Wiśniowiecki. Tron zawakował po raz kolejny. Głównymi kandydatami byli znów Kondeusz lub książę neuburski, dość chłodno jednak popierani przez Ludwika XIV zniechęconego nieudanymi dotąd inwestycjami politycznymi w Rzeczypospolitej, oraz Karol Lotaryński. Sam Sobieski nie myślał kandydować (zyskał sobie wprawdzie prestiż po Chocimiu, jednak wielu go serdecznie nienawidziło), choć jeszcze przed elekcją zapowiadał, że nowy król ma nie ulegać obcym interesom i być biegłym w sztuce wojennej. Znamienne, że podczas sejmu konwokacyjnego w styczniu 1674 roku Litwini pod wodzą nienawidzących Sobieskiego Paców domagali się przyjęcia uchwały wykluczającej od korony „Piasta”. Inicjatywa ta świadczy, że choć sam Sobieski nie deklarował chęci przyjęcia korony, to jednak wielu liczyło się z taką możliwością. Liczył się z tym poseł cesarski w Rzeczypospolitej, a także redaktorzy (czy raczej ich informatorzy) „Gazette de France” wspominającej o Sobieskim jako godnym korony, którą uratował. Dyplomaci francuscy twierdzili, że sam Sobieski długo się wahał między kandydaturą własną, a Kondeuszem. Ich zdaniem, Celadona przekonała – jak to często i wcześniej i później miało miejsce – jego ukochana żona. Być może jednak, tym razem, obydwoje grali zgodnie, myląc nie tylko potencjalnych oponentów, ale i wysłanników Króla-Słońce.

Elekcja rozpoczęła się w sobotę 19 maja 1674 roku. Mimo oporu Litwinów, prowadzący elekcję biskup krakowski Trzebicki intonując „Veni Sancte Spiritus” rozpoczął procedurę. Następnego dnia, jak zawsze w niedziele, przerwano procedury, uczestniczono w mszach, ale także prowadzono zakulisowe negocjacje, wypłacano opornym francuskie gratyfikacje. W poniedziałek 21 maja biskup wileński Mikołaj Pac zadeklarował, że Litwa jednak zgodzi się na „Piasta”. Po południu wołano już na Woli Vivat Joannes Rex.

drukuj
Podziel się:
Wykop Facebook Twitter
44_typy szlacheckie_.jpg

Relacja François de Callièresa o elekcji Jana III Sobieskiego w roku 1674 (artykuł, Silva Rerum)

Ze swojej drugiej misji w Polsce w roku 1674 Callières sporządził krótką relację, rodzaj raportu, który, w przeciwieństwie do sławnego …

44_elekcja księcia gaweńskiego.jpg

Uczestnicy elekcji (artykuł, Silva Rerum)

Teoretycznie w elekcji mogła uczestniczyć cała szlachta Rzeczypospolitej. Jednak w praktyce długie trwanie sejmów elekcyjnych, rozległość kraju i rozwarstwienie majątkowe …

44_fajerwerki w gdańsku.jpg

Radość gdańszczan z okazji koronacji Jana III Sobieskiego (artykuł, Silva Rerum)

Koronacja Jana III Sobieskiego i jego małżonki Marii Kazimiery odbyła się w Krakowie dnia 2 lutego 1676 roku w katedrze …