© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   12.02.2015

Aleksander Piaseczyński i Mojżesz Mohyła – wymuszony powrót do dobrosąsiedzkich stosunków

Wojna domowa na Krymie w latach 1628-1629 z udziałem Kozaków i zaangażowanie się w ten konflikt po stronie kozackiej (a faktycznie polskiej) hospodara mołdawskiego Mirona Barnowskiego zdecydowały o jego detronizacji przez Turków. Osmanowie wprowadzili siłą na tron w Jassach Aleksandra Dziecię – nazwanego tak od młodzieńczego wieku – ten jednak nie sprawdził się jako zarządca. Co więcej, dla popierających Barnowskiego Polaków Aleksander był symbolem osmańskiej przewagi, a były hospodar nie ustawał w próbach obalenia swego następcy. W kwietniu 1630 r. Turcy postanowili więc zastąpić Aleksandra innym władcą, który miał szanse zjednać sobie Polaków, a tym samym ukrócić ich wsparcie dla Barnowskiego. Wybór padł na Mojżesza Mohyłę – notabene szwagra Aleksandra. Pochodzący z zasłużonej dla Polski dynastii Mohyła, który jeszcze w 1629 r. bezskutecznie ubiegał się o tron mołdawski, dostał teraz swoją szansę. Zapłaciwszy 80 tys. talarów sułtanowi i obdarowawszy hojnie głównych ministrów osmańskich, został wysłany przez Turków do Mołdawii.

W tym samym czasie Turcy, zachęceni powodzeniem tatarskiego najazdu z jesieni 1629 r., wysłali na pogranicze z Polską silną flotę pod wodzą kapudana (admirała) Hasana paszy oraz wojska lądowe, prowadzone przez Murtazę paszę. Miały one wymusić na Polakach skuteczne ukrócenie samowoli kozackiej, która w ubiegłych latach przysporzyła Osmanom wiele kłopotów w czasie walk na Krymie. W rozpoczynającej się grze dyplomatycznej Mojżesz Mohyła był zatem dla Polaków marchewką, zaś wojska i flota osmańskie – kijem.

Trzeba przyznać, że Turcy wybrali dobry moment na wywarcie presji na Polskę, gdyż skarb świecił pustkami po kosztownej wojnie ze Szwecją, a na samej Ukrainie wybuchło powstanie Kozaków, niezadowolonych z wizji ograniczenia ich swobód. Polska miała zatem skrępowane ręce i musiała uciec się do środków dyplomatycznych. W maju 1630 r. wysłano zatem do Stambułu rotmistrza Aleksandra Piaseczyńskiego, każąc mu wyprzeć się wszelkich związków króla z niedawnymi pochodami kozackimi na Krym, a zarazem wystarać się o utrzymanie wpływów polskich na mianowanie hospodarów mołdawskich.

Trudne było zadanie posła polskiego, jednak starał się wykonać je jak najlepiej. O ile wyłganie się z udziału w wyprawach kozackich było możliwe – jako że w gruncie rzeczy obu stronom zależało na utrzymaniu pokoju – o tyle zapewnienie polskich wpływów w Mołdawii było o wiele trudniejsze. Piaseczyński już w lipcu spotkał się nad Dunajem z obu dowódcami osmańskimi i przeprowadził dość przyjazne rozmowy. Wskazywał, że wyprawa wojsk koronnych przeciwko zbuntowanym Kozakom jest właśnie tym poskramianiem swawoleństwa, o jakie postulowali Turcy. Sprawę mołdawską musiał jednak odłożyć do rozmów w Stambule.

Podążając do stolicy Osmanów, niedaleko Prowadii na ziemiach bułgarskich natknął się poseł polski na orszak Mojżesza Mohyły. Ten jechał w przeciwną stronę – ku Mołdawii. Oczywiście doszło do spotkania, które poseł przedstawił w swej relacji z misji. Zanim je opiszemy, musimy pamiętać o pewnej dwuznaczności sytuacji. Poseł miał domagać się od Turków, by dopuścili króla polskiego do udziału w nominowaniu hospodarów mołdawskich – a tymczasem spotykał władcę, mianowanego przez Portę bez konsultacji z Polską. Najchętniej poseł wsparłby też sprawę Mirona Barnowskiego, wypróbowanego już sojusznika – jakkolwiek nie miał co do tego specjalnych instrukcji. Tymczasem miał przed sobą człowieka, który zastąpił następcę Barnowskiego, co oddalało restytucję byłego hospodara. Niemniej, obaj rozmówcy nie uchylili się od spotkania i rozmowy.

Jak zanotował Piaseczyński, Mojżesz Mohyła rozbił namioty przy gościńcu, którym podróżowali Polacy. Zorientowawszy się co do tożsamości podróżnych, zaprosił posła polskiego do siebie i serdecznie go powitał. Ofiarowywał swoje najlepsze usługi zarówno królowi Zygmuntowi III, jak i Rzeczypospolitej. W przeciwieństwie zatem do Aleksandra Dziecięcia, który był ledwie że nie jawnym wrogiem Polski, nowy hospodar szukał dróg porozumienia. Co więcej, prosił posła, aby popierał sprawę hospodara u Porty, jako że on chce wiernie trzymać się Korony polskiej.

Działania Mohyły były zręczne, mógł się bowiem spodziewać, że poseł będzie interweniować w Stambule w sprawie Mołdawii. Przypadek Stefana Tomży II, przeciw któremu ostro występowali posłowie polscy i wreszcie uzyskali jego detronizację, wskazywał, że Osmanowie mogą nie chcieć ryzykować wojny w sprawie obsady tronu mołdawskiego. Jeśliby zatem Polacy uparli się przy restytucji Barnowskiego, Mohyła mógł nie nacieszyć się długo swym hospodarstwem.

Jak odebrał te zabiegi poseł? Otóż podszedł do sprawy pragmatycznie. Mojżesza Mohyłę zapewnił o swej i króla przychylności – w czym nieco przesadził – nie odmawiając mu też wsparcia dyplomatycznego w Stambule, na ile pozwalała mu instrukcja królewska. Był to zwykły wykręt, gdyż jak się miało okazać, poseł zbytnio nie gardłował za Mohyłą u Turków. Zabiegał tam raczej o przyznanie królowi ogólnego prawa udziału w mianowaniu hospodarów, a samym Turkom o Mohyle powiadał, że trudno orzec, czy spodoba się on królowi, skoro nawet nie zaczął rządzić i nie jest bliżej znany w Polsce. Hospodarowi radził jednak żyć w przyjaźni z Polską, dowodząc, że nie zawiódł się na jej opiece żaden z jego poprzedników. Jak sądzimy, Mohyła dyplomatycznie przemilczał to drobne kłamstewko, któremu i najnowsze fakty przeczyły. Kto wie jednak, czy w takim stwierdzeniu posła nie było ukryte ostrzeżenie – jeśli nie będziesz nam przyjazny, Barnowski „nie zawiedzie się” na naszej pomocy?

Samemu królowi poseł doniósł uczciwie, że jeśli hospodar dotrzyma dawanych obietnic i okaże się tak szczery w postępkach, jak deklaruje, a takoż jeśli utrzyma się wystarczająco długo na hospodarstwie, to być może będzie z niego miała Rzeczpospolita pożytek. Jak miało się okazać – w tej ocenie poseł zgoła się nie mylił.

Logo POIiŚ