© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum

Ambasador idealny

Bernard O’Connor, nadworny medyk króla Jana III Sobieskiego, przebywał w Rzeczypospolitej mniej niż rok, ale jego zdolność obserwacji była tak duża, że pozostawił szereg cennych spostrzeżeń na temat jej sytuacji politycznej. Znalazły się wśród nich rady dla przedstawicieli obcych władców. O’Connor postawił im bardzo wysokie wymagania.

Najważniejszą cechą dyplomatów miało być wielkie doświadczenie i umiejętność obracania się w skomplikowanym świecie polityki, konieczne ze względu na „niespokojnego ducha Senatu Polski” i brak stałych zasad oraz metod działania wśród osób znajdujących się na szczytach władzy Rzeczypospolitej. Wzorem dla O’Connora było postępowanie Francji i Wenecji, które „ostatnimi czasy przysyłały do Polski swych najbardziej zręcznych reprezentantów”. Ale sama zręczność to zbyt mało. O’Connor zwrócił także uwagę na konieczność posiadania wiedzy na temat „charakteru i konstytucji tego narodu”. Poznanie konstytucji wymagało przygotowania teoretycznego, nie tylko praktycznego, a z tym, mimo nawoływań publicystów i samych dyplomatów, było w większości państw europejskich źle. W Rzeczypospolitej na konieczność odpowiedniej edukacji dyplomatów zwrócił uwagę w XVI stuleciu Krzysztof Warszewicki.

Prawie dwieście lat później, sir Robert Murray Keith pisał: „Król powinien przygotowywać swoich przedstawicieli dyplomatycznych do tego zadania od kołyski, zapewniając im odpowiednią do departamentu, w którym pracują, edukację”. Po drugiej stronie Kanału La Manche wtórował mu Antoine Pecquet: „dobrzy dyplomaci muszą być przygotowywani do pracy od dzieciństwa”. Na początku XVIII w. we Francji utworzono specjalną uczelnię, „Academie politique”, a w Wielkiej Brytanii na uniwersytetach w Cambridge i Oxfordzie powołano osobne kierunki studiów ale, z wyjątkiem założonej w 1754 r. w Wiedniu Orientalische Akademie, wszystkie próby zakończyły się niepowodzeniem. Mimo tego, na przełomie XVII i XVIII stulecia większość państw zbudowała sieć stałych placówek dyplomatycznych obejmujących cały kontynent europejski. Wydawano na ten cel ogromne pieniądze – w połowie XVIII wieku utrzymanie brytyjskiej służby zagranicznej kosztowało rocznie około 80 tysięcy funtów. Według wartości kruszcowej odpowiadało to około 2 960 000 złotych a w tym czasie roczne dochody  skarbu Rzeczypospolitej przekraczały nieco ponad 10 milionów złotych. Jednym z nielicznych państw, które nie stworzyły takiej sieci była właśnie Rzeczpospolita, pozbawiając się tym samym nie tylko możliwości prowadzenia aktywnej polityki zewnętrznej ale nawet dopływu informacji na temat sytuacji międzynarodowej.

Za panowania Augusta II i Augusta III sytuację ratowano dzięki dyplomacji saskiej, ale wraz z zakończeniem unii z Saksonią, Rzeczypospolita została faktycznie bez służby zagranicznej. Czas próbował nadrobić Stanisław August Poniatowski, zakładając przedstawicielstwa w najważniejszych stolicach europejskich, lecz było już za późno.

Z przygotowania teoretycznego dyplomatów pozostała tylko znajomość języka francuskiego. Pomijając problemy finansowe, zwyciężyło przekonanie, że najważniejszym kryterium jest odpowiednie, czytaj arystokratyczne bądź szlacheckie pochodzenie społeczne. Przywiązywano do niego tak wielkie znaczenie, że na przykład Melchior Guy Dickens, poseł brytyjski w Petersburgu w połowie XVIII wieku, miał ze względu na niskie pochodzenie utrudniony dostęp do najwyższych kręgów dworskich. Nie inaczej było i w przypadku Rzeczypospolitej. Jak zauważył O’Connor: „nie ma drugiego państwa, w którym ambasador byłby zmuszony do odgrywania tak ważnej postaci jak w Polsce”. Wynikało to z postawy „wielkich panów”, którzy „gardzą tymi, którzy im nie dorównują”. Aby zyskać ich uznanie, ambasador, poza odpowiednim pochodzeniem, powinien odznaczać się jeszcze trzema cechami. Pierwsza, to „wielki sznur powozów i towarzyszącej im służby”, konieczny ze względu na zamiłowanie szlachty polskiej do przepychu. Druga, to „otwarty i szczodry dom”, w którym ambasador stale gościłby szlachtę, „będąc przy tym skromnym i przyjacielskim wobec nich”. I wreszcie najbardziej smutna rada: „najlepszym sposobem, aby zdobyć ich przywiązanie oraz poparcie, jest rozdawanie im niedużych sum i ciągłe obiecywanie większych w przyszłości”. Niestety, była ona oparta o obserwacje praktyczne a nie rozważania teoretyczne. Większość dyplomatów obecnych w Rzeczypospolitej przekazywała pieniądze szlachcie, a ta chętnie je brała.

Nie musimy od razu patrzeć na takie zachowanie w kategoriach zdrady narodowej. W XVII i XVIII wieku pieniądze brali wszyscy, jak Europa długa i szeroka. W 1752 r. o regularną „pensję” u monarchy brytyjskiego zabiegał wielki kanclerz rosyjski, Aleksy Bestużew. Kilka lat później politycy rosyjscy głośno wyrażali nadzieję, że nowo mianowany ambasador brytyjski „przywiezie duży powóz wyładowany niczym innym jak dukatami”, oczywiście w obecności jego poprzednika. Ambasador wykazał pełne zrozumienie dla tych oczekiwań i to tak bardzo, że zaproponował przełożonym w Londynie, aby pieniądze dać samej carycy Elżbiecie. Lecz, biorąc pod uwagę los Rzeczypospolitej w XVIII wieku, trudno nie spytać o rolę, jaką odegrały w jej historii obce pieniądze.