© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   08.09.2016

Ferdinand van Kessel

Poniższa biografia Ferdinanda van Kessela, obszernie opisująca prace, które artysta wykonał dla króla Jana III, pochodzi z książki De levens-beschryvingen der Nederlandsche konst-schilders en konst-schilderessen, met een uytbreyding over de schilder-konst der ouden, autorstwa Jacoba Campo Weyermana (wyd. 1729). Tłumaczenie wykonał dr hab. Marcin Polkowski.

Ferdinand van Kessel był z urodzenia antwerpijczykiem, synem już przez nas wcześniej przywołanego Jana van Kessela, malarza, który przed nikim nie musiał chylić czoła, chyba że przed znakomitym Aksamitnym Breughlem, tym niezrównanym feniksem wśród malarzy scen pejzażowych, zwierząt i ptaków. Młody Ferdinand miał za nauczyciela swego ojca, pod którego troskliwą opieką wykształcił się na solidnego artystę, i choć nie osiągnął w tym rzemiośle doskonałości, tym niemniej uznano go za godnego zostania nadwornym malarzem dwóch królów.

Ferdinand van Kessel został zawezwany z Antwerpii do Bredy przez […] wspomnianego powyżej Jana de Wysa z polecenia pana Molo, rezydenta króla polskiego, który prosił go w imieniu swego władcy, niezwyciężonego Jana Sobieskiego, by zechciał namalować dla tego władcy kilka obrazów przedstawiających zwierzęta i ptaki, za co hojnie – jak też później się stało – zostałby wynagrodzony. Przyczyną, dla której wezwano go z Antwerpii, aby stworzył dla tego monarchy obrazy gabinetowe, było to, iż pan rezydent przypadkiem uprzednio nabył parę obrazów od naszego malarza i przesłał je swemu władcy, któremu te dzieła tak bardzo do gustu przypadły, że postanowił nimi przyozdobić cały gabinet. Ferdinand van Kessel wziął się więc natychmiast do pracy, gdy zaś pouczono go o guście króla, namalował następujące obrazy gabinetowe, których większą część na własne oczy widzieliśmy.

Wpierw namalował na znacznych rozmiarów miedzianej płycie, wysokiej na trzy a szerokiej na cztery i pół stopy, cztery żywioły wyobrażone w postaci czworga dzieci, z których jedno, siedzące na orle, wyobrażało powietrze i otoczone było niezliczoną rzeszą rozmaitego ptactwa. Drugie dziecię wyobrażało ziemię i opierało się prawym ramieniem na tyranie puszczy, odważnym lwie; dookoła leżały rozmaite owoce, na pierwszym planie zaś oglądający mógł ponadto dostrzec wielką mnogość ozdobnych kwiatów i dzikich ziół. Trzecie dziecko przedstawiało żywioł ognia, co wyrażono poprzez najróżniejszy rynsztunek wojenny, zbroje zdobione złotą i srebrną robotą snycerską, bębny okryte haftowanym jedwabiem i adamaszkiem, chorągwie, włócznie; wszystkiemu zaś towarzyszyła zabawna małpka pijąca ze szklanicy rosoglio i paląca fajkę. Czwarte zaś dziecię – wyobrażające wodę – czerpało dzbanem wodę ze źródła położonego nieopodal rzeki, w której dostrzec można było setki pływających ryb morskich i słodkowodnych; u stóp tegoż dziecka odmalowane były gałęzie koralowca, muszle, perły i inne wytwory morza. Obrazy należące do tego gabinetu ujęte były w wąskie hebanowe ramy a po wewnętrznej stronie przyozdobione była wąską złotą listwą. Wokół rozmieszczono czternaście do szesnastu rozmaitych obrazów, na których wymalowano różne szczegóły dotyczące zwierząt, ptaków, rynsztunku wojennego oraz ryb; wszystkie te wizerunki odpowiednio powiązane były z czterema żywiołami. Obrazy te połączono w obszernej, pięknej ramie, wszystkie zaś te przyjemne dla oka konterfekty znalazły się w jednym zbiorze malarstwa gabinetowego.

W podobny sposób jak wspomniane cztery żywioły Ferdinand van Kessel odmalował dla bohaterskiego króla Polski cztery strony świata na osobnych tablicach, na których miał jeszcze szersze pole do tego, aby kunsztowne a zarazem zgodne z naturą stworzyć podobizny wszelkich odpowiednich dla tego tematu okazów życia roślinnego i zwierzęcego. Wymalował zatem na czterech dużych miedzianych płytach cztery strony świata, a na każdej z nich rozmaite osoby obu płci oraz kilkoro dzieci; ponadto namalował niezliczoną liczbę owoców, zwierząt, ptaków, ryb i innych osobliwości, którymi zapełnił każdy skrawek owych czterech malowideł, posługując się w swej pracy dodatkowo setkami narysowanych i przez swego ojca, Jana van Kessela, starannie namalowanych modeli. Gdy czegoś mu zabrakło, wówczas sięgał po herbaria, opisy zwierząt, ryb i ptaków, nie zapominając także o przedstawieniach czterech stron świata narysowanych przez Simona de Vriesa oraz o kunsztownych drukach tego „pomocnika Szatana”, Romeyna de Hooghe[1].

Ponadto Ferdinand van Kessel odmalował pouczającą opowieść o lisie Reinarcie[2], tworząc ten obraz na względnie dużych rozmiarów tablicy otoczonej mniejszymi, podłużnymi na miedzianych płytach, na których przedstawił wszystkie szelmostwa, o których można przeczytać w kronice życia tego bohatera. Dzieło to pozostało w jego posiadaniu, ponieważ gdy król Polski zmarł, wówczas pan Molo odmówił uiszczenia zapłaty, nad czym malarz wielokrotnie ubolewał, ponieważ nie znał większej przyjemności nad zbieranie złotych i srebrnych monet.

Wspomnianemu powyżej królowi tak bardzo spodobały się obrazy Ferdinanda van Kessela, iż polecił on urządzić obszerny gabinet, aby pomieścić wyłącznie wspomniane dzieła, bez dodatku innych przedmiotów artystycznych. Gabinet ten spłonął jednak doszczętnie ku wielkiemu niezadowoleniu władcy, po czym ten sam artysta w przeciągu zaledwie kilku lat po raz drugi namalował wszystkie obrazy, których modele przechował, za co został wynagrodzony jeszcze hojniej niż poprzednio.

Ferdinand van Kessel namalował również wiele obrazów dla bajecznie zamożnego opata Oliwy [w oryg. Olijfberg], którego to listy, napisane całkiem dobrze po łacinie, mieliśmy okazję przeczytać. Widać, że listy te musiały zostać napisane przez prałata, albowiem miejsc, w których ich autor targował się o to czy tamto, było tak wiele jak gwiazd na niebie – na co jednak artysta, który był niezmiernie chciwy, nie przystał, zresztą mając tyle zamówień dla Mojżesza, że nieraz śmiał się z Aaronem.

Podobnego szczęścia Ferdinand van Kessel jednak nie miał z obrazem sufitowym, który namalował dla Wilhelma III, króla Wielkiej Brytanii. Na okrągłej tablicy, przeznaczonej dla dworu w Bredzie, van Kessel zaprojektował – według przemądrzałych zaleceń intendenta Johannesa de Wyze, który był zaprzyjaźniony z jezuitami jak niemalże przeor Mechelen – orła wyobrażającego cesarza niemieckiego, któremu wszystkie ptaki niebieskie, reprezentujące takich czy innych władców, przybyły oddać hołd, obrzeża zaś ozdobione były podobnymi emblematycznymi humoreskami. Gdy tylko król ujrzał obraz sufitowy z ptakami, natychmiast odkrył jad, który ukryty był za ich opierzonym grymasem. Odwrócił się i patrząc mało przyjaznym wzrokiem, spytał intendenta, czy też nie doradzał przypadkiem w zaprojektowaniu tego panelu. Ów zaś, przeczuwając zbliżający się gniew lwa, odpowiedział: „Wasza wysokość, bynajmniej, bo pierwszy raz mam zaszczyt widzieć ten obraz”. Za sprawą tego kłamliwego, faryzejskiego zaprzeczenia zachował posadę i względy króla, lecz malarzowi, który popadł w niełaskę, polecono, aby zamalował te niestosowne przykłady „niemej poezji”, bo w przeciwnym razie zostanie w inny sposób nauczony dobrych manier.

Ów „Malarzyk” (był on mianowicie niewielkiego wzrostu, jak karzełek) był jednakże na tyle dyplomatą, że postanowił nie udawać się do Polski, choć rządzący wówczas Jan III Sobieski zaprosił go, aby tam przybył, w pięknie po łacinie sporządzonym, dłonią królewską podpisanym liście. Do tej wspaniałej epistoły dołączony był spisany na pergaminie akt, w którym tenże monarcha wyniósł malarza wraz z całym jego potomstwem do godności szlacheckiej; towarzyszyła temu tak długa lista zaszczytnych tytułów, że nie starczyłoby miejsca, by je wszystkie wymienić. „Malarzyk” jednak usprawiedliwił się słabością zdrowia, albowiem cierpiał na podagrę – podobnie jak zmarły niedawno autor Merkuriusza Holenderskiego, wnuk wielkiego [Jacobusa] Arminiusa. Było to prawdą, bo jego palce były krzywe jak pióra klawesynu Ruckersów[3] i trzymał się on na swych obrzmiałych nogach tak pewnie jak igła kompasu podczas sztormu.

Lubił też przyjemności życia jak każdy antwerpijczyk i dobrze znał się na komplementach. Ale nie zawsze na nie zasługiwał, bo wizerunki mężczyzn, kobiet czy też dzieci, które nadawały blasku jego obrazom, powstawały w antwerpskich pracowniach znanych malarzy scen historycznych, [Petera] Eykensa, Maasa[4], [Kaspara Jacoba] van Opstala, [Karela Emmanuela] Biseta i wielu innych. Pejzaże powstawały w tym samym mieście u Spieringsa[5], Rijsbreghtsa[6] i innych dobrych malarzy krajobrazowych; ba, nawet wzburzone morze zlecił do namalowania [Willemowi mł.] van de Velde’owi, natomiast obrazy, na których widniały budowle – czy to antwerpskie, czy też zagraniczne – malowali dla niego [Abraham II] Genoels i jeszcze inny malarz, którego nazwiska nie pamiętamy. Dodatkowo malarze kwiatów, [Gaspar Peeter] Verbruggen[7], [Thomas Willeboirts] Boschaerts i [Pieter] Hardimé, wykonali wiele obszernych obrazów dla naszego „Malarzyka”, który następnie kopiował kwiaty, które były mu potrzebne, a raz nawet odtworzył całą martwą naturę i w zmniejszonej postaci przeniósł ją na obraz gabinetowy dla króla Polski. Malarz [Jan Pauwel mł.] Gillemans zaopatrzył go w różnorodne, naturalnej wielkości obrazy owoców. W skrócie rzec by można, że Ferdinand van Kessel musiałby włożyć do kieszeni wszystkich tych artystów, aby ich ze sobą zabrać do Polski, gdyby chciał utrzymać poważanie, jakim darzył go król, ponieważ malarz ten podobny był do panny z pieśni Owidiusza, która zawdzięczała swoje piękno toalecie, kokardom, wstążkom, czerwonej i białej barwiczce, lecz najmniej wdzięku widziano w niej samej.

Pominąwszy jednak to ubóstwo artystyczne, wolno nam uznać Ferdinanda van Kessela za solidnego malarza, który swoje zwierzęta, ptaki, kwiaty, rośliny i owoce pewnie rysował, pogodnie kolorował i kunsztownie wykonywał, a przy tym miał tak doskonały dotyk, że widać było, że panuje idealnie nad swoimi pędzlami, co było niezwykłe, biorąc pod uwagę, jak krzywymi dłońmi musiał nimi władać. Co się tyczy reszty, to był przyjemnym antwerpskim gadułą, pełnym dowcipu, lubiącym anegdoty i żarty, dwa z których Czytelnikowi poniżej przytoczymy.

Byłem jego uczniem w młodości – mówi autor niniejszej książki – i pewnego razu zrobił mi on kawał, który z pewnej przyczyny zasługuje na opowiedzenie. Otwarcie się wyspowiadam – i wybaczcie mi tę szlachetną słabość, o, dostojni moraliści – że byłem za młodu nieposkromionym wielbicielem kobiet, pięknej połowy stworzenia. Przed żadnym Katonem nie zaprzeczę, że to pragnienie do dzisiaj we mnie pozostało, choć moje możliwości w tej dziedzinie są już znacznie mniejsze. Ferdinand van Kessel, który w milczeniu obserwował moją skłonność, przyniósł mi pewnego zimowego popołudnia butelkę wina, aby ją z nim wypić razem; był to wyraz łaskawości, którego ani wcześniej, ani później nie doświadczyłem. Podczas rozmowy o tym i owym zapytał mnie, czy potrafię zachować dyskrecję – cnota ta jest mianowicie na ogół obca dorastającym młodzieńcom, którzy przeważnie są równie chętni do trąbienia na cały świat o faworach, jakie otrzymują od panien, jak do ich zdobywania. Odpowiedziałem, że panuję nad moim językiem i że on, Ferdinand van Kessel, nigdy nie usłyszał z moich ust żadnych tajemnic, które należałoby zatrzymać dla siebie, na co on z uśmiechem zareplikował: „Tak, mój drogi Jakubie, oto tajemnica, której towarzyszy dowód łaski pewnej młodej damy, mojej metresy – jeszcze tej nocy dostarczę ją w twoje rozpalone ramiona, ponieważ zaczyna ona już narzekać na moją starość, a wolałbym, żeby swoimi wdziękami obdarowała ciebie aniżeli kogoś innego, kto przyjąwszy je, nie doceniłby ich. Nie myśl sobie jednak – kontynuował poważnym tonem – że chcę sobie z ciebie zadrwić, pomimo iż jestem uznawany w świecie za dewota, który klepie modlitwy, oraz za zaprzysięgłego wroga kobiet. Pozory mylą, przyjacielu Jakubie, ja też mam swoje słabości jak każdy inny, ale zawsze skrywałem je za maską hipokryzji, a kto zna się na tej sztuce, może uchodzić za człowieka o nieposzlakowanej reputacji, choć nosiłby na sumieniu więcej plam niż dwie pantery na swych cętkowanych futrach”. Prawie że wyskoczyłbym z krzesła i uścisnąłbym dobrotliwego malarza, a przynajmniej wyglądało na to, że zamierzam to uczynić, na co on stwierdził, że nie jest to potrzebne, ale poprosił, bym przybył ponownie o godzinie dziewiątej, kiedy to gotowe będzie miękkie łoże małżeńskie dla mnie i dla owej panny w alkierzu, oraz abym do tego czasu poszukał rozrywki u pana Gaillarta (właściciela kawiarni i winiarni, do której codziennie zwykłem się udawać) i wypił tam butelkę wina, on zaś, Ferdinand van Kessel, do tego czasu rozwiąże wszystkie trudności.

Wobec tego pożegnałem się i pobiegłem do pana Gaillarta, u którego spotkałem pana Guillaume’a, kapitana wówczas w Bredzie zakwaterowanego regimentu Walończyków, z którym rozegrałem trzy partie bilarda, na co ofiarowałem trzy butelki wina, aby mieć przyjemność jego towarzystwa. Oficer zdziwił się, widząc mnie w tak niecodziennie pogodnym nastroju, ponieważ ogień radości tańczył w moich spojrzeniach, dla mnie zaś nie liczyły się inne przyjemności niż takie, które dotyczyły miłości i kobiet. Zapytał więc mnie, czy nie mam aby widoków na nowe zwycięstwo nad jakąś miłosną twierdzą i której to z pięknych mieszczanek Bredy postanowiłem rzucić wyzwanie. Odparłem, że czeka mnie noc taka, jaką spędził Jowisz z Alkmeną, że będę pieścił damę równie piękną jak grecka Ismena oraz że koryncka Lais stoczyłaby miłosną walkę na puchu łabędzim, gdybym obsypał ją deszczem złotych monet, ale jednak ta, z którą będę, obdaruje mnie dowodami swej miłości, nie żądając za to nic w zamian. Roześmiał się kapitan, słysząc moje poetyckie sformułowania, i począł czynić wszystko, aby wyciągnąć ze mnie tę tajemnicę, był bowiem cwanym lisem około czterdziestki, jak zaś niewinnym kurczaczkiem liczącym sobie wtedy lat osiemnaście. Ale na próżno – widząc więc, że sobie ze mną nie poradzi, zaśpiewał mi parę francuskich piosenek, wypiwszy zaś przed godziną dziewiątą resztę wina, pożegnałem się ze szlachetnym zabijaką i poleciałem na skrzydłach mego pożądania do domu malarza Ferdinanda van Kessela.

Przyjął mnie po cichu przy drzwiach, gdzie już na mnie czekał, i uprzednio powiedziawszy mi, abym był tak cicho i szybko położył się do snu, jak chłopiec który oczekuje na Świętego Mikołaja, zaprowadził mnie – jak było umówione – do położonego z tyłu alkierza. Rozebrałem się szybciej, niż mennonitka zdjęłaby rękawiczki podczas uroczystych odwiedzin noworodka, po czym malarz zabrał świecę i jeszcze raz polecił mi, abym położył się do snu. Wino, które wypiłem z kapitanem Guillaume’em, sprawiło, że zasnąłem zgodnie z poleceniem, ale wcześniej godzinę przeleżałem w łóżku, kręcąc się jak morświn podczas sztormu. Aż nagle usłyszałem kroki w alkierzu. Usiadłem wyprostowany, słysząc, jak mi się zdawało, że zbliżają się dwie osoby. „Nie śpisz, przyjacielu Jakubie?” – zapytał malarz po cichu. Ja zaś odpowiedziałem cicho: „Nie, panie van Kessel”. Na co on powiedział: „Wyśmienicie, miłośniku nagiej prawdy, przesuń się, bo oto jest twoja przyszła narzeczona, dawniej moja ukochana”. Wysunąłem po ciemku dłoń i wyczułem włosy, ale pod nimi lodowatą kulę, której dotyk wystraszył mnie do szpiku kości, na co malarz odsłonił świecę i ukazał mi ozłoconą czaszkę ozdobioną fryzurą w modnym podówczas stylu fontange. „Ta czaszka – powiedział ze smutkiem w głosie – należała dawniej do mojej ukochanej, antwerpskiej panienki, która u szczytu naszej wzajemnej miłości zmarła. Została pogrzebana w antwerpskim kościele Buurkerk, ja zaś zakupiłem czaszkę od grabarza za złotego suwerena. Obiecał mi przesłać czaszkę zmarłej panny, jak tylko ciało ulegnie rozkładowi, pod dwoma warunkami: po pierwsze, jeżeli będzie wtedy jeszcze żył, a po drugie, że prześlę mu drugiego złotego suwerena w podzięce za ten budzący grozę prezent. Obaj dotrzymaliśmy słowa i oto jest ukochana, którą obiecałem, że oddam w twoje ochocze ramiona. Dotrzymałem słowa i proszę wszechmogącego Stwórcę Nieba i Ziemi, aby widok ten podziałał na twoje skłonności w podobny sposób, jak na moją namiętność. Odrzucam miłość, kobiety i wszelkie nieczyste pożądliwości; dziękuję Bogu, że mogę się zwracać do Stwórcy zamiast do stworzeń, choćby nawet były tak piękne jak anioły, i że jestem w stanie oddać Mu w dowolnej chwili nieskalaną duszę w nieskalanym ciele”.

Wówczas pobożny malarz zamilkł, ja zaś, będąc do głębi poruszony zarówno przez makabryczny widok, jak i przez budzącą grozę lekcję, którą zafundował mi Ferdinand van Kessel, postanowiłem naprawić moje życie. Z żalem muszę jednak stwierdzić, że moje kochliwe usposobienie, okazje, jak również codzienne przebywanie z oficerami i innymi rozrabiakami sprawiły, iż nie wytrzymałem długo w tym pobożnym postanowieniu.

Następna anegdota jest równie dowcipna i przytoczymy ją również zgodnie z poczynioną obietnicą, zanim pożegnamy się z malarzem Ferdinandem van Kesselem.

Po śmierci swego mecenasa, słynnego Jana III Sobieskiego, króla Polski, Ferdinand van Kessel wstąpił w charakterze nadwornego malarza w służbę gubernatora Bredy, generała Webbenom, który to stanowisko zawdzięczał księciu Wilhelmowi Nassau, zanim jeszcze ten został królem Wielkiej Brytanii. Zdarzyło się kiedyś, że pewien możny pan wcześnie rano poprosił o audiencję u generała, nim jeszcze zbiegli się wszyscy, którzy codziennie bywali na dworze jego ekscelencji. Kamerdyner odrzekł, że generał jeszcze nie wstał, ale obiecał, że przekaże mu wiadomość, jak tylko się obudzi, a następnie przyniesie z powrotem informacje. Pan ten udał się więc na dolny dziedziniec, widząc zaś uchylone drzwi, ujrzał za nimi malującego Ferdinanda van Kessela. Malarz natychmiast wstał i wskazując na krzesło, zaprosił gościa, aby ten usiadł. Rozmawiali parę chwil o malarstwie, gdy wtem wzrok owego możnego pana padł na flet, który leżał oparty o szybę okienną, na co powstał i będąc miłośnikiem muzyki, przystawił go do ust, aby zagrać melodię – lecz przy pierwszym wydechu cała jego twarz stała się czarna, a jego jasna peruka, wytworny żabot, koszula i cała reszta stroju pokryły się pyłem koloru sadzy. Szlachcic wpadł w gniew z powodu tego trywialnego incydentu, w tej samej chwili zaś kamerdyner wpadł biegiem, by mu powiedzieć, że generał go oczekuje, na które to słowa, przeklinając strasznie, [możny pan] udał się do sali, gdzie przyjmowano audiencje, przy czym jeszcze bardziej się wysmarował, próbując za pomocą chustki oczyścić się z pyłu. Gubernator zaczął się śmiać tak, że się trząsł, i zapytał: „Jak to [się stało], że wyglądasz, mój panie, jakbyś miał złożyć wizytę Belzebubowi, władcy much, bo widzę setki jego dworzan w pańskiej peruce, na bieliźnie i ubraniu?”. Szlachcic odpowiedział, że nadworny malarz jego ekscelencji uczynił mu taki afront, i zażyczył sobie w kategoryczny sposób, aby gubernator umożliwił mu wymierzenie malarzowi odpowiedniej kary i wyegzekwowanie należnego odszkodowania za doznaną zniewagę. Generał Webbenom polecił przyprowadzić Ferdinanda van Kessela. Gdy tylko malarz pojawił się w sali, generał zapytał go z powagą w głosie, dlaczego upodobnił wielmożnego pana do kominiarza, na co „Malarzyk” z dowcipem odpowiedział: „Flet, wasza ekscelencjo, poleciłem uczynić dla mądrych i głupców: dla mądrych, aby go obejrzeli i pozostawili na miejscu; dla głupców zaś, aby go wzięli w dłoń i dmuchnęli”. Generał zaśmiał się mocno z takiej odpowiedzi, toteż ów szlachcic bardzo chłodno się pożegnał, widząc, że nie otrzyma żadnej satysfakcji za ten dowcip.

Artysta zmarł w Bredzie, wyczerpany podagrą, chiragrą i ustawicznym malowaniem, albowiem jesteśmy zdania, że niewielu niderlandzkich malarzy wydało na świat tyle dzieł, co utalentowany Ferdinand van Kessel, o którym możemy w skrócie powiedzieć, że był zdolny i pilny.

 

[1] Jest to prawdopodobnie nawiązanie do sprawy sądowej o nieobyczajność, którą magistrat Amsterdamu wytoczył Romeynowi de Hooghe za wytwarzanie rycin o charakterze pornograficznym; zarzutom tym towarzyszyło oskarżenie, zresztą później uchylone, o bezbożność i sodomię.

[2] Średnioniderlandzki epos zwierzęcy z XIII w. oparty na średniowiecznych opowieściach w językach francuskim (Roman de Renart) i łacińskim (Ysengrimus).

[3] Ruckersowie – ród działających w Antwerpii rzemieślników, twórców instrumentów muzycznych, zwłaszcza słynnych na całe Niderlandy klawesynów.

[4] Dirk Maas (1659–1717 w Haarlemie) lub Godfried Maes (1649–1700 w Antwerpii)

[5] Pieter Nicolaas Spierincks (1635–1711 w Antwerpii)

[6] Prawdopodobnie chodzi o Cornelisa Gijsbrechtsa (Antwerpia 1640–1675 Kopenhaga).

[7]: Gaspar Peeter st. (1635–1681 w Antwerpii) lub Gaspar Peeter mł. (1664–1730 w Antwerpii) Verbruggen lub Verbrugghen, ojciec i syn, pracujący często razem.