© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum

Ideały polityczne szlachty

„Słowem, zmysł polityczny narodu polskiego i kształt konstytucji mają na celu przede wszystkim ograniczenie władzy królewskiej oraz ochronę jej [szlachty] praw i przywilejów przed zakusami obcych książąt lub rodzimymi stronnikami królewskimi”. To tylko jeden z fragmentów Historii Polski Bernarda O’Connora, w której przedstawił ideały polityczne szlachty. Ocena eksponująca dążenie do zachowania i rozszerzenia wolności szlachty w stosunku do monarchy była w pełni uzasadniona. Szlachta pojmowała wolność na dwa sposoby – negatywnie, jako wolność od ucisku ze strony monarchy,  oraz pozytywnie, jako wolność do udziału w życiu politycznym.

Szlacheckie rozumienie wolności odwoływało się do wzorców sięgających starożytnego Rzymu, a także do idei republikańskiej przedstawionej na przełomie XV i XVI w. przez wybitnego myśliciela Niccola Machiavellego. Definiował on wolność jako „wolność do uczestnictwa w życiu politycznym”, a za najważniejszy element niezbędny do jej osiągnięcia uznawał virtue, czyli „bezustanne i całkowite oddanie się życiu politycznemu”. To właśnie utrzymaniu złotej wolności służyły takie elementy ustroju Rzeczypospolitej jak wolna elekcja czy liberum veto.

Z perspektywy lat oceniamy je często negatywnie, jako prowadzące do upadku państwa. Szlachta uważała liberum veto za źrenicę wolności. Na straży wolności stało prawo – jego podstawowym zadaniem była nie tyle ochrona porządku w potocznym rozumieniu, ale ochrona wolności. Jak zauważył znawca przedmiotu: „Przeciętnemu szlachcicowi nie przeszkadzało, że prawo było nieskuteczne, ważne, że gwarantowało jego przywileje”. O’Connor świetnie rozumiał tę zależność, zawierając ją w słowach „prawo jest ich królem”. Na drugim miejscu wśród ideałów szlachty umieścił równość polityczną członków tego stanu: „Cała szlachta polska jest równa z urodzenia... Może on [szlachcic] ubiegać się o wszystkie, nawet najwyższe urzędy i godności w Królestwie... Może także sięgnąć po koronę, jeśli tylko jego zasługi i dobro publiczne na to pozwalają”.

Ale równość polityczna wszystkich członków stanu szlacheckiego była raczej postulatem niż opisem rzeczywistości. Karierę polityczną łatwiej zrobić, będąc pięknym, bogatym i znanym niż brzydkim, biednym i nieznanym. Nie trzeba było telewizji, aby odkryć tę zasadę. W praktyce najwyższe godności przypadały tylko najzamożniejszej szlachcie, a jedyni elekcyjni królowie polscy wywodzący się ze stanu szlacheckiego, nie z rodzin królewskich bądź książęcych, albo sami należeli do wielkich rodów, albo byli z nimi silnie powiązani. Co nie zmienia faktu, że nawet najpotężniejsi magnaci musieli zabiegać o poparcie szlachty. Po co w końcu wielcy panowie przyjmowali biedną szlachtę na służbę lub bratali się z nią podczas różnych zjazdów sąsiedzkich, sądowych czy posiedzeń sejmików? System polityczny był tak skonstruowany, że nie wszyscy członkowie stanu szlacheckiego byli faktycznie równi, ale wszyscy potrzebowali siebie nawzajem.

Szlachcie Rzeczypospolitej towarzyszyło także przekonanie o wyższości wobec szlachty w pozostałych państwach. Pod koniec XVII w. wyrażało się to –  jak zauważył O’Connor – w tym, że „nie zabiegają oni o tytuły honorowe, uważając, że najważniejszy tytuł to tytuł szlachcica polskiego”. Bardzo to ładnie, że byliśmy dumni z własnej ojczyzny, ale wkrótce przekonanie to zaczęło nabierać niebezpiecznego kształtu – ksenofobii i poglądu o wyższości ustroju Rzeczypospolitej nad ustrojami innych państw. Między innymi z tego względu tak trudno było wprowadzić w XVIII w. niezbędne zmiany polityczne i społeczne. Ideały polityczne szlachty wskazane przez O’Connora – wolność, równość i graniczące z pychą przekonanie o wyższości – odpowiadały ocenom, nie zawsze pochlebnym, pozostawionym przez innych podróżników. Ale był jeden ważny element ideologii szlacheckiej, którego obcokrajowcy, również O’Connor, nie dostrzegali. Trudno mieć o to do nich pretensje, nawet dzisiaj ideał ten kłóci się z popularnymi wyobrażeniami na temat szlachty. Często postrzegamy przeciętnego szlachcica jako podpitego zawadiakę z wygoloną głową, ciągle gotowego do jeszcze jednego pojedynku i jeszcze jednej wojny. Coś jak Jędruś Kmicic i jego kompania. Taki obraz spopularyzowany jest nie tylko przez literaturę piękną i kino, ale także przez  prace historyków, na czele z książką Władysława Łozińskiego Prawem i lewem.

Dzieje Rzeczypospolitej były pełne wojen, jednak to właśnie liczne konflikty wyrobiły w szlachcie skłonność do pacyfizmu. Szlachta była bardzo niechętnie nastawiona do wojen agresywnych. Jedynymi, jakie akceptowała, były wojny obronne – w imieniu Rzeczypospolitej, wolności szlacheckich bądź, szczególnie w drugiej połowie XVII i w XVIII w., religii katolickiej. Takie wojny można było prowadzić nie tylko przeciwko wrogowi zewnętrznemu, ale także przeciwko zagrożeniom wewnętrznym, aby wspomnieć konfederacje tarnogrodzką (1715–1717) i barską (1768–1772). Zamiłowanie do pacyfizmu wynikało po części z przyjętego przez szlachtę jeszcze w XVI w. wzorca życia ziemiańskiego. Idealny szlachcic powinien żyć na wsi, troszcząc się o własne gospodarstwo i kontaktując się z wielkim światem, gdy wymagało tego dobro publiczne. Zamiłowania do wojaczki nie można było połączyć z „życiem spokojnym, życiem dostatnim”.