© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   26.05.2015

Józefa Potockiego na Węgrzech błaznowanie

Przysłowie charakteryzujące zawiłości wojskowo-polityczne początku XVIII w.: „od Sasa do Lasa” można by dopełnić jeszcze trzecim członem „do Węgra”. A ściśle rzecz biorąc, do Franciszka II Rakoczego, który w tym samym czasie toczył zmagania z armią Habsburgów. Książę Franciszek, skonfliktowany z dworem wiedeńskim, działający w górskich, lesistych obszarach wschodnich Węgier, chętnie przyjmował pod swe sztandary ludzi z różnych stron świata gotowych wspomóc go w antyhabsburskiej walce.

Józef Stanisław Potocki (1673-1751), syn Andrzeja, hetmana polnego koronnego, w zmiennych sojuszach zapętlił się do granic wyobraźni. Wojewoda kijowski z nadania Augusta II (1702), poskromiciel buntu Kozaków Paleja, hetman polny (1706) i wielki (1707) koronny z łaski Stanisława Leszczyńskiego czy raczej wodzących go na sznurku Szwedów. Talentu wojskowego nie miał za grosz – gdzie stanął do boju przeciwko regularnej armii (Kalisz, Koniecpol, Połtawa), tam brał cięgi. Rozgromienie Kozaków, de facto wyrżnięcie kilku tuzinów chutorów i puszczenie z dymem zasiewów przyszło mu zdecydowanie łatwiej. Po klęsce połtawskiej zbiegł do Rakoczego, licząc, że pod jego skrzydłami, krzepiąc się wybornym tokajem, nabierze ochoty do dalszej walki. Ich znajomość trwała kilka lat i jak wynika z pamiętników, książę Franciszek uważał Potockiego za przyjaciela. Kilkakrotnie (np. w 1703) zwracał się do niego i innych o pomoc zbrojną, ale skąd na początku XVIII w. hetman miał mieć żołnierzy? Nawet jeśli w zamian za nich Rakoczy proponował zastaw w postaci rentownych dóbr ziemskich. 25 listopada 1709 stawiał się osobiście, na czele dwóch tysięcy zbrojnych (żołnierze dotarli 2 grudnia), mając u boku marszałka dworu Stanisława Tarłę.

Rakoczy, będąc w sojuszu z carem Piotrem i królem Stanisławem, nie mógł po prostu przyjąć wojaków na ziemi węgierskiej. Dwa tysiące żołnierzy wydawało się solidnym wsparciem dla jego armii, ale wcielenie nowych sił musiał przeprowadzić dyplomatycznie – by nie urazić i nie zaniepokoić cara. Nie mogli być dłużej wojskiem polskim czy szwedzkim, jeśli chcieli przezimować wśród winnic. Oddziały musiały złożyć hołd Rakoczemu i przyjąć jego zwierzchność. Do spotkania i przysięgi doszło na przedmieściach Munkacza. Na polach pod zamkiem stali Polacy (głównie dragonia), Lipkowie, najemnicy francuscy i szwedzcy, gwardziści szkoccy Leszczyńskiego. Wszyscy, z zupełnym spokojem najemnych żołnierzy, zmieniali sztandar i pana. Na wieść o złożonej przysiędze idące trop w trop za Potockim oddziały rosyjskie zawróciły. Wczorajsi wrogowie po złożeniu przysięgi stali się sojusznikami.

Rakoczy zapomniał tylko, że wojsko, od dawna znajdujące się w polu, zdemoralizowane po klęsce w walnej bitwie, jest cieniem samego siebie. Nie tylko nie rwało się do walki z Austriakami i posiłkującymi ich oddziałami serbskimi, ale odwrotnie, wykazało wielki talent do dekowania się na tyłach. Początkowo książę, chcąc ich ze swoją sprawą mocniej związać, kazał przydzielić im kwatery w bezpiecznych miejscach, wydawać furaż i żywność ze swych włości, gościć i poić winem. Rychło okazało się, że to mało. Zażądano żołdu i jeszcze lepszych kwater, nie bacząc na to, że węgierscy powstańcy często kwaterują w szczerym polu lub doraźnie skleconych szałasach. Gwałty i rabunki wzburzyły węgierskich chłopów, którzy wraz z kurucami zaczęli ludziom Potockiego wymierzać doraźnie sprawiedliwość. Stosunki polsko-węgierskie popsuły się błyskawicznie. Po stronie Potockiego opowiedzieli się solidarnie polscy magnaci, domagając się by Rakoczy karał sprawców samosądów. Książę pisał wzburzony do Elżbiety Sieniawskiej: „Dziwię się, że Pan Kasztelan [Sieniawski] tak bardzo narzeka na zamieszanie wywołane przez ludzi [Potockiego], którzy uciekli jak diabeł z opętanych i nie pamięta, co […] zrobili na mojej ziemi. Wielmożna Pani wie doskonale, ile razy prosiłem, aby to uniemożliwić i nie [ma] się co dziwić, że moi chłopi dokonują odwetu. Ale w tym świecie tak już jest, że nieszczęśnicy są bardziej winni niż szczęściarze”.

Zirytowany Rakoczy zażądał, aby hetman dołączył do swych ludzi, wierząc, że jego obecność podniesie morale i dyscyplinę. Zawiódł się srodze; Józef Stanisław Potocki okazał się godnym wodzem swych maruderów. 13 kwietnia 1710 hetman wraz z większością swych ludzi zbiegł do Mołdawii, gdzie chronił się Karol XII. Nieliczni pozostali wierni złożonej pod Munkaczem przysiędze. Uchodząc z Węgier, Potocki dodatkowo obraził swego gospodarza, uprowadzając węgierskiego komisarza, dodanego do swego boku przez Rakoczego.

W Benderze Józef Potocki stanął na czele antyrosyjskiej emigracji, a Rakoczy po przygodzie z hetmanem koronnym zaczął sceptycznie patrzeć na wartość deklaracji składanych mu przy kielichu tokaja przez polskich magnatów. Nie przeszkodziło to, po powrocie, w innym świetle przedstawiać swej rejterady, i to tak skutecznie, że nawet wybitny historyk Józef Szujski pisał po latach: „Na Węgrzech pozostał Potocki czas dłuższy, bijąc się walecznie po stronie Rakoczego i wolności węgierskiej”.