© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   13.02.2015

Mołdawskie wrażenia Aleksandra Trzebińskiego

Misja Aleksandra Piaseczyńskiego do Turcji w 1630 r. zakończyła się połowicznym sukcesem: udało się co prawda utrzymać pokój i uniknąć poważniejszych konsekwencji kozackich wypraw na Krym, jednak Mołdawia raz jeszcze wymknęła się wpływom polskim. Turcy zmieniali tam dowolnie hospodarów, aż wreszcie u progu 1633 r. po buncie bojarów do władzy powrócił propolski Miron Barnowski. Niestety, nie porządził długo. Bejlerbej sylistryjski Mehmed Abaza pasza nakłonił Barnowskiego do wyjazdu do Stambułu, gdzie wskutek intryg jego przeciwników politycznych niefortunny hospodar został na początku lipca skrócony o głowę. Nowym władcą Mołdawii Turcy mianowali ponownie Mojżesza Mohyłę.

Kiedy to działo się nad Bosforem, wojska moskiewskie oblegały Smoleńsk, a car wzywał sułtana do wspólnego uderzenia na Polskę. Atak próbny zdecydował się wykonać wspomniany Abaza pasza, z natury już swej awanturniczy. Uspokoić go miał dopiero sułtan, nakazując egzekucję, ale tymczasem Abaza pasza cieszył się łaskami padyszacha i szarpał pogranicze polskie. Wysiłki jego okazały się co prawda daremne i hetman Stanisław Koniecpolski skutecznie powstrzymał jesienią 1633 r. wojska tureckie. Była to jednak dopiero przygrywka do generalnej rozprawy, której Rzeczpospolita, zaangażowana w wojnę z Moskwą, wolała uniknąć. Dlatego też późną jesienią 1633 r. wysłano w poselstwie do Stambułu podkomorzego lwowskiego Aleksandra Trzebińskiego z zadaniem zażegnania grożącej burzy.

Poseł polski tradycyjnie przejeżdżał przez Mołdawię. Jej władca, Mojżesz Mohyła, okazał się pomocny w czasie ostatniej konfrontacji zbrojnej – z czasem za swoją życzliwość dla Polski miał zapłacić utratą tronu – tak więc poseł mógł spodziewać się dobrego przyjęcia. Nie zawiódł się też bynajmniej w swych rachubach, jakkolwiek wrażenia, jakie wyniósł z Mołdawii, były ambiwalentne. Z jednej strony ujęła go gościnność hospodara, z drugiej zaś uderzyło niezmierne ubóstwo kraju. Opisał to wszystko w swym liście do kanclerza wielkiego koronnego Jakuba Zadzika.

Jak notował podkomorzy lwowski, północna Mołdawia była srodze spustoszona przez ostatnie działania wojenne. Jak wiadomo, przemarsze wojsk należały do jednych ze sroższych klęsk elementarnych, jako że wrogi żywioł był inteligentny i aktywnie łupił ludność z żywności i pieniędzy. Cóż dopiero mówić, gdy sprawcami byli wspomagający Osmanów Tatarzy. Świeżo po kampanii wojennej północna Mołdawia powitała więc posła „srogim spustoszeniem i brakiem wszelkiej żywności”.

Spodziewał się może poseł, że lepiej będzie w stolicy, do której dotarł 28 grudnia, ale i tu czekało go rozczarowanie. Co prawda, powitanie było iście królewskie. Trzebiński zanotował, że hospodar przyjął go wspaniale: „jaka mogła być pompa w tej tam ich mizerii, z taką przeciwko mnie osobiście wyjeżdzał”. Mohyła witał zatem Trzebińskiego jeszcze przed Jassami na czele wojsk własnych, a także tureckich i tatarskich (niewykluczone, że przybyłych raczej dla kontroli niż dla splendoru). Hospodar zadeklarował posłowi wierność i życzliwość wobec króla polskiego Władysława IV, po czym osobiście odprowadził Trzebińskiego do przeznaczonej mu na kwaterę gospody. Orszakowi towarzyszył tłum miejscowej ludności, zawsze ciekawej obejrzenia uroczystości, urozmaicającej szarą codzienność.

A szaro musiało być zimową porą w Jassach nie tylko w przenośnym znaczeniu tego słowa. Miasto było przeważnie drewniane i ubogie. Nieliczne murowane obiekty to przede wszystkim cerkwie (co i obecnie widać po stanie zachowania XVII-wiecznego budownictwa). To by pewnie jeszcze nie bardzo posła bulwersowało, jako że i znakomita większość miast polskich miała drewnianą zabudowę. Gorzej, że jaskie budynki musiały wyglądać mizernie, a samo miasto było dość wyludnione. Jak zauważył poseł, „tak są Jassy budowne, że i tam hospodar ledwie nie w pustkach mieszka”. O gospodzie zaś, którą dostał jako kwaterę, wyraził się Trzebiński, że mu zgoła budę przypomina.

Złe wrażenia musiała znów zatrzeć wspaniała uczta, jaką zgotował ku czci swego gościa hospodar nazajutrz po przyjeździe. Nie szczędził tu poseł pochwał, notując, że hospodar pił często zdrowie Władysława IV i bardziej był życzliwy posłowi, niż bywają pokojowi słudzy wobec swych panów. O strzelaniu na wiwat z dział zamkowych takoż nie zapomniano. Jednym słowem, przyjęcie godne samego króla Jego Mości.

Co też ważne, to nie tylko wystawna gościnność, z jaką podejmował hospodar posła polskiego, ale i przeprowadzone poufne rozmowy, w których Mohyła zdał relację ze stanu spraw tureckich. Ostrzegał zwłaszcza przed zwodniczymi obietnicami pokoju, podczas gdy Tatarów zachęca się do wypadów przeciw Polsce, a na wiosnę szykuje się wojska tureckie. Wiadomości takie były bezcenne w perspektywie oczekujących posła trudnych negocjacji.

Wrażenia Aleksandra Trzebińskiego z Mołdawii obrazują nam wojenne zniszczenia i nędzną zdaniem Polaków zabudowę stolicy. Podobną opinię o Jassach wydał siedem lat później inny poseł polski, Wojciech Miaskowski. Istotna jednak była życzliwość panującego hospodara, który działał wręcz na szkodę Osmanów. Ukazuje to, jak ważną rolę grała Mołdawia w układzie stosunków polsko-tureckich. Nic dziwnego też, że przyciągała ona uwagę polskich decydentów do początków XVIII w., jak długo stosunki z Portą Ottomańską zajmowały jedno z ważniejszych miejsc w polityce międzynarodowej Rzeczypospolitej.