© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   01.12.2013

Porządek i bezpieczeństwo podczas elekcji w XVII wieku (część II)

Z nieco odmienną sytuacją mamy do czynienia w 1669 r. Tutaj przyczyną burd i tumultów z rzadka bywali uczestnicy sejmu elekcyjnego. Na polu elekcyjnym panował spokój, z wyjątkiem wydarzeń 17 czerwca, kiedy to pospolite ruszenie ostrzelało szopę senatorską – wydarzenia te były jednak inspirowane przez stronnictwo prohabsburskie i nie powtórzyły się więcej.

Wszyscy obserwatorzy zauważyli natomiast spadek bezpieczeństwa w samej Warszawie wywołany wzrostem liczby napadów rabunkowych, kończących się często śmiercią ofiar. Nawet na polu elekcyjnym dochodziło do kradzieży uprzęży i zegarków. Oskarżano o to, i chyba słusznie, przede wszystkim poczty magnackie. Zdając sobie sprawę, że usunięcie wojsk prywatnych z Warszawy i jej okolic jest niemożliwe wobec postawy senatorów, szlachta próbowała rozwiązać problem od drugiej strony. Postulowano, aby karać każdego, który pozwoliłby pocztom magnackim na stacjonowanie we własnych dobrach. Osoby takie miały odpowiadać przed sądem kapturowym. Nie udało się tego przeprowadzić zapewne także z powodu nastawienia części szlachty warszawskiej, która czerpała zyski z przyjmowania pocztów „na paszą”. Posłowie nadal więc podnosili, że są zewsząd otoczeni gwardiami, które napadały już na szlachtę jadącą na sejm, a teraz tak „tu jesteśmy uciśnieni, że i z gospody czeladzi naszej wychodzić podczas wieczora nie dadzą”. 18 maja stwierdzano, że dzieje się „rozbojów, kradziejstw, zabójstw, szarpanin ubogich ludzi bardzo wiele, gdzie nie masz tej nocy, gdzieby kilkunastu zabitych albo utopionych nie znaleziono”.

Do dantejskich scen doszło podczas dużego pożaru w sobotni wieczór 9 czerwca, kiedy to spłonęło w Warszawie ponad 200 domów. Ludzie, ratując swój dobytek, wynosili go na zewnątrz, gdzie napadali na nich i rabowali, a uchodzących częstokroć zabijali „hultaje, hajducy, dragani, którzy pod pretekstem ratowania zbiegli się byli do miasta” i „ledwie kto przy ubóstwie swoim uratowanym zdrowia nie postradał”. Napadnięto nawet karetę Bogusława Radziwiła. Był to już drugi pożar w Warszawie, o wywołanie obu oskarżano gwardie magnackie.

Niemalże panika zapanowała w mieście po wydarzeniach z 17 czerwca. Przyczynił się do niej pośrednio prymas, który przeniósł się do Zamku Warszawskiego, co wzbudziło obawy innych, którzy zaczęli szukać schronienia w klasztorach i „gdzie kto mógł. Obawiając się większych tumultów i rabunków, kramy nawet ormiańskie precz porozbierano wszytkie, sklepy inne cokolwiek ich beło w Warszawie pozamykano, tak dalece, że niczego u żadnego kupca nie mógł dostać kupić in crastino, tylko jako powarzeni mieszali się nazajutrz po Warszawie”.

Co było przyczyną tego wzrostu pospolitej przestępczości podczas sejmu elekcyjnego w 1669 roku? Trudno powiedzieć. Z pewnością nie pospolite ruszenie, które pod Warszawę dotarło w końcowej fazie sejmu. Oskarżano przede wszystkim gwardie magnackie i to one były rzeczywiście sprawcami większości przestępstw, jednak z pewnością nie wszystkich. Zresztą liczne wojska prywatne senatorowie sprowadzali na każdy sejm elekcyjny, lecz nie prowadziło to do aż tak dużego rozpasania. Być może część winy spoczywa na Janie Sobieskim, który zawsze większą wagę przywiązywał do urzędu hetmańskiego i nie zdawał sobie do końca sprawy z zadań, jakie oczekują go jako marszałka podczas sejmu elekcyjnego. Posłowie zwracali się do niego kilkakrotnie, aby piechota marszałkowska zamykała most i aby wzmocnił załogę miasta. Być może o to właśnie marszałkowi chodziło. Posiadanie w mieście legalnie tu przebywających, znacznych sił mogło się przydać w rozgrywce elekcyjnej. Jeśli rzeczywiście miałby takie myśli, to działania pospolitego ruszenia 17 czerwca skutecznie mu je z głowy wybiły.

Z wyjątkiem elekcji w 1697 r. i w pewnym stopniu w 1669 r. pozostałe przebiegały dość spokojnie. Dochodziło wprawdzie czasem nawet do przelewu krwi, ale podkreślić to trzeba raz jeszcze, były to zdarzenia wyjątkowe. Np. w 1648 roku w dniu elekcji wojewoda ruski Jeremi Wiśniowiecki i chorąży koronny Aleksander Koniecpolski, chcąc uniknąć wielkiego błota rozpościerającego się wokół okopów, wjechali na wał otaczający plac rycerski i szopę. Przejazd jednak blokowała stojąca na wale piechota prymasowska. Gdy obaj magnaci wraz ze swymi sługami próbowali spędzić ją z wału, doszło do walki, w której z obu stron byli zabici i ranni.

Dużo częstsze były zwykłe spory „o wyciąganie stacyi, o zajmowanie stanowisk, o gospody w mieście”, które trafiały do sądu kapturowego. Nawet podczas tak spokojnej elekcji jak w 1632 r. pozostało w momencie jej zakończenia jeszcze niemal pół tysiąca nierozsądzonych spraw tego typu.