© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   22.04.2014

Poselstwo Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w 1633 r.

W zbiorach rękopisów Biblioteki Narodowej zachował się zeszyt szkolny Jana Sobieskiego z czasów jego nauki w Kolegium Nowodworskiego, zawierający ćwiczenia z retoryki. Wśród nich znajduje się gratulacja napisana dla Jerzego Ossolińskiego z okazji otrzymania przez niego urzędu kanclerza. Panegiryczna mowa, wykorzystująca topikę pochwalną, urywa się na przedstawieniu najważniejszego dowodu sławy nowego ministra. Kilkunastoletni wtedy Sobieski przypomniał poselstwo Ossolińskiego do papieża Urbana VIII sprawowane w imieniu króla Władysława IV w 1633 r., oceniając, że nic sławniejszego i bardziej chwalebnego Rzym nie oglądał. To tylko drobny ślad sławy i legendy, jaką obrosło to wydarzenie.

Celem legacji Jerzego Ossolińskiego do Rzymu było złożenie hołdu papieżowi w imieniu nowo obranego w 1632 r. władcy (tzw. poselstwo oboediencyjne). Posłowi zostały też powierzone różne szczegółowe kwestie polityczne (np. pomocy finansowej, sporu Akademii Krakowskiej z jezuitami), jednak całe wydarzenie zostało zaplanowane przede wszystkim jako wielki spektakl z wyraźnym przesłaniem ideowym, kreującym obraz Rzeczypospolitej dla Europy.

Uroczysty wjazd polskiej legacji do Wiecznego Miasta odbył się 27 listopada 1633 r., a w podobnym porządku 6 grudnia orszak posła udał się na uroczystą audiencję u papieża, podczas której Ossoliński wygłosił znakomitą łacińską mowę. Wydarzenie szeroko relacjonowano: w polskich i obcych drukach (np. Sławny wjazd do Rzymu [...] b.m.r.; V. Parisi: Relatione delle solenne entrata [...] Romae 1633), gazetach ulotnych i niezliczonych dziś opisach zachowanych w manuskryptach. Bezpośrednio obraz entraty utrwalił w cyklu akwafort Stefano della Bella (1633 i 1650), rozpoczynając w ten sposób historię malarskich prezentacji wydarzenia (np. z XVII w.: obraz nieznanego włoskiego malarza na Wawelu, obraz ze szkoły włoskiej na zamku w Kórniku, z 1779 r. dzieło Canaletta [Bernardo Belotta] Wjazd Jerzego Ossolińskiego do Rzymu 27 XI 1633 r.). Wszystkie relacje zgodnie podkreślały niezwykłe wrażenie, jakie wywołał orszak posła, wskazując na towarzyszący mu niesłychany przepych i „tam nigdy nie widany strój polski” (Zygmunt Koniecpolski „Zwierciadło dzieł rocznych” rkps Biblioteki Kórnickiej 201, k. 425).

Sprawa wyboru strojów, w jakich wystąpiło poselstwo, była na tyle ważna, że odniósł się do niej w swojej oficjalnej relacji sejmowej Jerzy Ossoliński. Mówił: „[...] z samego W[aszej] K[rólewskiej] M[ości] rozsądku nie chciałem ojczystego odmieniać stroju, którego militarem gravitatem [wojskową powagę] i przystojność narody tamte niewątpliwie bardziej chwalić miały [...]”.

Legat nie dostosował się więc do miejscowych zwyczajów, jak czynili to zwykle podróżujący po Europie Polacy, ale uczynił z wystąpienia w bogatych, kształtowanych pod wpływem Orientu strojach polskich środek oddziaływania propagandowego.

Nie sposób dokonać opisu bogactwa i rozmaitości całego poselstwa, niech więc wyobrażenie o nim dadzą tylko pewne szczegóły. Zamiast prozatorskich relacji warto sięgnąć po nie do eposu Samuela ze Skrzypny Twardowskiego – epika nazywanego przez współczesnych polskim Maronem – który w poemacie Władysław IV przewierszował dokładny opis poselstwa i nawet całą mowę posła. Oto:

„[...] wprzód poprowadzi
wozy para przystawów, szarłatnimi kryte
ku ziemi oponami; po nich złotem szyte
dawały znać Topory, że poselskie beły,
a muły urodziwe ciężko ich ciągnęły;
w trop ich dziesięć wielbłądów pokojowe nieśli
sprzęty drogie [...]
a Perse i Ormieni w tureckich zawojach
po garbach im siedzieli; trębacze za nimi
w tejże barwie, pod świetno forgami strusimi,
ciągnionej, potrębując kozakom czterdziestu [...]”.

Oczywiście wyeksponowana została osoba samego posła:

„[...] koń pod nim, strojem i pięknością
wszytkim nieporównany, szumne ważeł nogi,
szczero od manijery jubilerskiej drogiéj
błyszcząc i chryzolitów; szata haftowana
w łuskę złotą, którą mu tam, gdzie zapinana,
z dyjamentów wschodowych pętlice okuły,
czołder perły i krwawe rubiny posuły [...]”.
[Punkt IV, w. 1436-1442]

Zadziwiające jest dziś, w epoce komunikacji cyfrowej, z jaką skrupulatnością notowano rodzaje strojów, barwy i nawet szacunkowe ceny klejnotów. Wiadomo więc, że starszy pokojowy posła Kociszewski jechał wymachując dzidą, ubrany na biało, ze skrzydłami husarskimi z piór żurawich, jego koń miał turkusowy rząd i pióra na nogach, tuż za nim postępowało trzydziestu pokojowych w atłasowych błękitnych ferezjach o pomarańczowym podbiciu. Po nich służący Ormianie i Tatarzy prowadzili konie posła, siodło każdego było wysadzane innymi kamieniami szlachetnymi, ostatniego wraz z rzędem lśniło diamentami. Konie były podkute złotymi podkowami tak, że celowo zostały one zgubione i stały się łupem rozentuzjazmowanego tłumu.

Tak zaplanowany spektakl wjazdu miał jasne przesłanie ideowe, był manifestacją wielkości i kulturowej odmienności Rzeczypospolitej. To samo przesłanie zostało powtórzone i jeszcze wzmocnione w oracji Ossolińskiego. Sama mowa, zgodnie ze zwyczajem, miała charakter pochwalny. Przy składaniu hołdu należało się spodziewać przede wszystkim laudacji osoby papieża. I rzeczywiście, mówca pochwalił Urbana VIII, ale uczynił to w sposób szczególny. Zastosował tu metodę, którą w klasycznej retoryce określa się jako amplifikację pośrednią (ratiocinatio), tzn. taką, która domyślności odbiorcy pozostawia znalezienie właściwego przedmiotu pochwały. Polski poseł swoją mowę od początku do końca wypełnił pochwałą polskiego króla i samej Rzeczypospolitej, jedynie przez klamrę pojawiającego się na początku i na końcu motywu hołdu, pośrednio wywyższył papieża. Czym wspanialsza Polska, tym większy Urban VIII.

„Talis itaque et tanta Polonia, ad Tuos pedes prima procumbit, Pater Beatissime: illud collum, nullius unquam iugum ferre solitum, illas manus liberas, illum animum excelsum, et ad imperandum natum, Regis sui exemplo, maiorum instituto, Tibi submittit”.

„Taka tedy i tak wielka Polska, najpierwsza do Twoich nóg, Święty Ojcze, upada. Onę szyję nigdy żadnego jarzma nosić nie zwyczajną, one ręce wolne, on wyniosły umysł i do panowania zrodzony, Króla swego przykładem, przodków zwyczajem, Tobie poniża i poddaje” [tłum. J. Cynerski-Rachtamowicz, 1634].

Widać tu świetnie, że ulubionym środkiem retoryki barokowej był paradoks, a jej celem budzenie zdziwienia. Takie usprawiedliwienie wprowadzenia gloryfikacji Rzeczypospolitej pozwoliło Ossolińskiemu sformułować w mowie do papieża niemal manifest dumnej sarmackiej samoświadomości. Wykorzystał do tego wywiedzione z antyku, a przyswojone już przez polską literaturę toposy. Przedstawił Polskę jako „północny kraj” (pierwszy tak pisał Gall Anonim), który zamieszkuje mężny naród, miłujący wolność ( tak o Rzymianach pisał Cyceron), który „gołymi piersiami” (jak Spartanie) broni chrześcijaństwa (antemurale christisnitatis). Literatura rzymska, skąd przejęta została topika krainy północy, utrwaliła też obraz jej dzikich, surowych mieszkańców. Ossoliński z takim wyobrażeniem i z podnoszonymi czasem wobec Polaków Sarmatów oskarżeniami wprost polemizuje: „Nagrodziliśmy pogrzebną posługą starożytnemu Miastu przodków naszych okrucieństwem obrażonemu, gdyśmy na jego prawa i obyczaje nastąpili”.

W ten sposób dokonał w opisie charakteru narodowego syntezy tradycji własnej, barbarzyńskiej – z której bierze się męstwo i surowość obyczajów oraz rzymskiej – z której przejęte zostały wzorce kultury i religia. Efektem tej syntezy jest symboliczne pokazanie wędrówki Muz, które „za obozem się puściwszy i żołnierskiemu żywotowi przywyknąwszy, z Helikonem się swoim bez mała już ostatni raz pożegnały. Naród zaiste nasz tak sobie zniewoliły, że bez ich pomocy i ozdoby żołnierską sławę mniej sławną być sobie poczyta.” Mówił tu niemal słowami Wergiliusza, który pierwszy przenosił Muzy do Rzymu. Tak więc to reprezentująca Północ Polska okazuje się jedyną godną spadkobierczynią europejskiej kultury. Cóż bowiem pozostało Południu, z którego odeszły Muzy? To chyba najbardziej zuchwałe słowa, jakie można było wypowiedzieć w Wiecznym Mieście.

Najlepszym świadectwem sarmackiego przekonania o kontynuacji tradycji rzymskiej była łacina, którą posłużył się w swej mowie legat. Tak piękna, że sam papież miał powiedzieć, że Cyceron by lepiej nie powiedział.