© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   09.09.2016

Robert South i jego relacja o Rzeczpospolitej w początkach panowania Jana III Sobieskiego

Wielebny Robert South (1634-1716) nie jest dziś szczególnie znaną postacią, choć w swoich czasach cieszył się nieomal statusem celebryty. Znany był jako doskonały kaznodzieja, którego kazania wzbudzały powszechny podziw ze względu na treść, formę stylistyczną oraz sposób przedstawienia. Wśród jego słuchaczy bywali zarówno angielscy władcy, ich dworzanie i doradcy, jak i zwykli obywatele. Wiele z jego homilii zostało ogłoszonych drukiem i stało się niedościgłym wzorem wysmakowanej stylistycznie angielszczyzny.

Równie dopracowaną stylistycznie lekturę stanowi także kilkudziesięciostronicowa relacja, jaką South miał przygotować podczas swojego pobytu w Rzeczypospolitej w drugiej połowie lat 70. XVII wieku. Wokół jej powstania i edycji pojawiają się jednak pewne niejasności, stąd warto chyba poznać bliżej jej historię i jej autora.

Robert South był synem londyńskiego kupca i przez większą część życia związany był z angielską stolicą. Po zakończeniu nauki w szkole Opactwa Westminsterskiego rozpoczął studia w Oxfordzie, gdzie specjalizował się w językach klasycznych. W 1658 roku wyruszył w podróż na Kontynent, a po powrocie został ordynowany jako anglikański duchowny i przeniósł się do Cambridge, gdzie kontynuował studia. Tutaj zaczęła rodzić się jego sława oratorska. Popularność przyniosło mu zwłaszcza poczucie humoru, z którym potrafił mówić o kwestiach teologicznych lub obyczajowych. Gdy po restauracji Stuartów kanclerzem uniwersytetu został jeden z najbliższych doradców nowego króla, Edward Hyde, hrabia Clarendon, South pozyskał jego sympatię i został mianowany jego kapelanem. Za nominacją poszły liczne atrakcyjne nadania i dodatkowe synekury, w tym stanowisko kanonika w Opactwie Westminsterskim. South zapewne boleśnie przeżył polityczny upadek swojego patrona, ale pozostał wierny jego rodzinie i związał się z jego synem, Lawrencem, późniejszym hrabią Rochester. Gdy arystokrata wiosną 1676 roku został wysłany przez Karola II z misją do Rzeczpospolitej, poprosił Southa, by ten towarzyszył mu w roli kapelana. Duchowny miał przyjąć z radością zaproszenie i w czerwcu wraz z Hyde’em i innymi członkami poselstwa wyruszył na wschód.

Po powrocie do Anglii na nowo zajął się swoimi obowiązkami duszpasterskimi, ale jego kariera duchowna stanęła w miejscu, i to mimo sympatii, jaką darzył go Karol II. Król miał podobno obiecać mu nawet biskupstwo, ale nominacja nigdy się nie zmaterializowała. Następca Karola II, Jakub II, nie podzielał wysokiej opinii swego brata o kanoniku i nie zgodził się, by South został jednym z przedstawicieli Kościoła Anglikańskiego, którzy mieli odbyć debatę teologiczną z katolickimi duchownymi. W kolejnych latach South zajmował się zatem nadal głoszeniem kazań i pisaniem. Gdy w końcu w 1713 roku zaproponowano mu stanowisko biskupa Rochester, odmówił, wyjaśniając, że jest zbyt wiekowy i schorowany, by przyjąć awans. Zapewne nie było to przesadą, bo informacje o jego słabym zdrowiu i spodziewanym zgonie często pojawiały się w korespondencji jego znajomych. Wiadomo, że na jego śmierć z niecierpliwością czekał autor „Podróży Guliwera” Jonathan Swift, który już w 1709 roku próbował uzyskać obietnicę przejęcia wszystkich kościelnych synekur Southa. Ten zmarł jednak dopiero lipcu w 1716 roku i został pochowany w Opactwie Westminsterskim.

W kilka miesięcy po jego śmierci rozpoczęto przygotowania do zbiorowej edycji jego pism i kazań. Wśród niewydanych nigdy wcześniej tekstów (część kazań ukazała się jeszcze za jego życia i cieszyła się dużą popularnością) znalazła się relacja, którą wydawca tomu zatytułował „An Account of his [South] Travels into Poland with the Earl of Rochester in the year 1674” (co w przekładzie na polski brzmiałoby: sprawozdanie z podróży Southa do Polski z hrabią Rochester w roku 1674).

Jak wynika z komentarza wydawcy, tekst został napisany przez Southa z myślą o jego wieloletnim przyjacielu, także anglikańskim duchownym, ale przede wszystkim wybitnym naukowcu, Dr. Edwardzie Pococke’u. Pococke, profesor orientalistyki w Oksfordzie, był powszechnie uważany za najwybitniejszego hebraistę swoich czasów. Obaj duchowni spędzali sporo czasu na rozmowach, a Pococke miał wprowadzić Southa w historię Turcji i Bliskiego Wschodu. W dowód wdzięczności South, wyruszając do Rzeczpospolitej, obiecał Pococke’owi, że spisze dla niego własne doświadczenia i obserwacje, ponieważ ten pragnął uzupełnić swoją wiedzę na temat „północnych królestw” (Northern Kingdomes). Opisowi temu nadał formę listu adresowanego do Pococke’a i datowanego z Gdańska w grudniu 1677 roku, czyli w drodze powrotnej do Anglii.

Nie ulega jednak wątpliwości, że tekst, który ukazał się w 1717 roku, nie mógł powstać w czasie, gdy South przebywał w naszym kraju. Znajdujące się w nim uzupełnienia dotyczą dużo późniejszych wydarzeń. Ponadto tekst zawiera zapożyczenia z pracy Gaspara de Tende (de Hauteville’a), która ukazała się dopiero w drugiej połowie lat 80. XVII wieku, co sugeruje, że South musiał go w pewnym momencie przeredagować, choć pewne jego fragmenty pochodziły rzeczywiście z okresu jego pobytu w Rzeczpospolitej.

Z całą pewnością były wśród nich relacje z misji dyplomatycznej, w której przyszło mu uczestniczyć. South opisał przebieg i ceremoniał towarzyszący spotkaniom Hyde’a z Marią Kazimierą (które nastąpiło niemal natychmiast po przybyciu posła do Rzeczpospolitej, ponieważ królowa przebywała wówczas w Gdańsku) i Janem III. Dowiadujemy się także, jakie prezenty przy tej okazji przekazano. Na przykład królewna Teresa Kunegunda, której chrzest był jednym z powodów wizyty Hyde’a, reprezentującego Karola II, wybranego na jednego z jej rodziców chrzestnych, otrzymała cenne klejnoty, w tym diamentowy krzyż wielkiej wartości. Bardzo szczegółowo South opisał też audiencję, jakiej Jan III udzielił w Żółkwi angielskiemu posłowi.

Z wielu fragmentów tekstu wynikałoby, że South był rzeczywiście – tak jak to wyjaśnił wydawca jego relacji – „człowiekiem ciekawym świata i gotowym na własne oczy przekonać się, jak wyglądają sprawy innych krajów”. Świadczą o tym ciekawe opisy tego, co dane było mu zobaczyć, oraz interesujące portrety osób, z którymi przyszło mu się spotkać. Anglikański duchowny był z pewnością pod wrażeniem osobowości Jana III. Podkreślał bowiem nie tylko jego – powszechnie znane – talenty militarne, lecz także cechy stanowiące o tym, iż należałoby uznać Sobieskiego za nader szlachetnego i godnego podziwu człowieka: pochwalił jego życzliwy charakter i przyjazne usposobienie, doskonałe wykształcenie, znajomość języków obcych (obok polskiego król umiał – wg Southa – posługiwać się również łaciną, francuskim, niemieckim, włoskim i tureckim), upodobanie do nauk przyrodniczych i ścisłych oraz do innych rozrywek intelektualnych. Wrażenie robiła na nim też postura króla oraz jego strój. Także Maria Kazimiera została przedstawiona w bardzo pochlebny sposób, co sugerowałoby, że wielebny South nie pozostawał zupełnie nieczuły na kobiecą urodę. Pastor oceniał bowiem, że władczyni wyglądała na kilkanaście lat mniej ,,niż miała w rzeczywistości”, chwalił jej wdzięk i urok osobisty oraz perfekcyjną znajomość polskiego oraz wspominał o tym, że ubiera się wyłącznie według mody francuskiej. Podkreślał jednak także jej wyczucie i talent, z jakim poruszała się na scenie politycznej, choć nie omieszkał zauważyć, że jej ważnym celem było działanie na korzyść własnej ojczyzny, czyli Francji.

Niezbyt dokładne okazały się jedynie informacje na temat początków związku pary królewskiej, ponieważ z jego relacji wynikałoby, że Sobieski zgodził się poślubić Marię Kazimierę z powodów politycznych za namową Jana Kazimierza, który chciał go pozyskać dla swego stronnictwa, a argumentem, który miał go przekonać do małżeństwa, były nadania licznych majątków. Trudno powiedzieć skąd wzięła się ta wersja. Możliwe, że informatorzy Southa na polskim dworze chcieli wyciszyć historię o romansie ówczesnej pani Zamoyskiej z jej późniejszym drugim mężem, a i on sam czułby się niezręcznie, pisząc niezbyt pochlebnie o gospodarzach i przypominając gorszące początki ich związku.

Podróż z Gdańska do Żółkwi musiała okazać się na tyle ciekawa, że skłoniła Southa do dłuższego pozostania w Rzeczypospolitej. Gdy zatem Lawrence Hyde udał się do Wiednia, jego kapelan wyruszył w trwającą niemal rok drogę powrotną do Gdańska (skąd zamierzał udać się do Anglii), podczas której odwiedził Kraków, Wilno, Poznań, Gniezno, Łowicz, Warszawę, Toruń i Malbork.

Opisy kolejnych odwiedzanych przez niego miejsc pokazują, że mamy do czynienia z niezwykle inteligentnym i spostrzegawczym obserwatorem, którego interesowały różnorodne sprawy. Wielokrotnie South, opisując to, co miał okazję zobaczyć w Rzeczpospolitej, odwoływał się do angielskich realiów, np. nasze dwie szkoły wyższe, czyli akademia krakowska i wileńska przypomniały mu sytuację w Anglii, gdzie istniał Oksford i Cambridge.

Sporo miejsca South poświęcił tez ustrojowi państwa polsko-litewskiego. Nie ukrywał przy tym zdziwienia, że pomimo licznych słabości i wypaczeń państwo nadal funkcjonuje i potrafi zachować integralność terytorialną. Zapewne biorąc pod uwagę zainteresowania swego przyjaciela, wspominał też o sytuacji Żydów. W tych fragmentach jednak w dużym stopniu bazował na literaturze. Mimo to jego tekst stał się jednym z ciekawszych angielskich opisów Rzeczpospolitej w epoce nowożytnej. Oczywiście nie był - co typowe dla tego okresu – całkowicie oryginalny i powtarzał pewne stereotypy. Co ciekawe, jeszcze za życia autora padł on ofiarą plagiatu , obszerne fragmenty relacji Southa trafiły bowiem, często in extenso lub w niewiele zmienionej formie, do innej pracy, ukazującej nasz kraj, mianowicie do „Historii Polski” Bernarda Connora.