© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   31.05.2015

Skąd bierze się życie? Abiotyzm

W czasach wczesnonowożytnych wielu ludzi uważało, że robaki i owady powstają „ze zgniłości, a nie z nasienia się rodzą. Stąd też miały one rzekomo pojawić się na świecie dopiero po pierwszym tygodniu od jego stworzenia. Zgodnie z opiniami współczesnych, pszczoły powstawały ze ścierwa bydlęcego. Robotnice tworzyły się z mięśni rozkładającego się truchła, natomiast pszczoła-królowa – z mózgu gnijącej padliny. Ten biorący początek w pracach Arystotelesa i Pliniusza pogląd na powstawanie owadów został odrzucony przez uczonych dopiero w XVII stuleciu, natomiast wiek później upowszechniło się twierdzenie, że insekty są rozdzielnopłciowe i mogą ze sobą spółkować.

W opublikowanym w 1765 roku podręczniku Doświadczenia skutków rzeczy pod zmysły podpadających Józef Feliks Rogaliński, jezuita i profesor fizyki na poznańskiej Akademii Lubrańskiego, napisał wprost, że „naprzód dawni filozofowie dość długo i dość uporczywie trzymali, że robaczki są potomstwem zepsucia i zgnilizny samej”. Stąd też należały one, ich zdaniem, jak tłumaczył autor, do wielkiej grupy zwierząt niedoskonałych, które „łatwo się wszędzie rodzą bez żadnego prawie starania, jako w serze, w mięsie nadgniłym etc.; o tych tedy zwierzętach podawali, że żadnego inszego początku nie mając, matką ich jest zgnilizna sama i z niej się one wyradzają”.

Jezuita zaznaczał jednak, że „czas i doświadczenie pokazało, że takowe robaczki mają swój początek inny, i że rodzaj ich jest tak porządny i stateczny, jako rodzaj lwa czy konia”. Przyczynił się do tego Włoch Francesco Redi, profesor Uniwersytetu w Pizie i zarazem osobisty lekarz księcia Ferdynanda Medyceusza.

Przy czym pierwszym badaczem przyrody, który dowiódł błędności teorii abiotycznej, był uczony holenderski, Jan Swammerdam. Niemniej jego praca Biblia natury została opublikowana po niderlandzku, stąd też miała bardzo wąską grupę odbiorców. Palmę pierwszeństwa w obalaniu abiotyzmu otrzymał zatem Redi, który pisał po łacinie, dzięki czemu był czytany przez uczonych w Anglii, Italii, Francji, Niemczech, Szwecji czy dalekiej Rzeczypospolitej (jego prace znalazły się między innymi w bibliotece króla Jana III Sobieskiego). I tak podczas doświadczenia, mającego sprawdzić prawdziwość poglądu o rodzeniu się zwierząt plugawych ze zgnilizny i rozkładu, włoski lekarz, jak referował Rogaliński, rozdzielił na dwie części wielki kawał świeżej wołowiny. Jedną porcję udźca pozostawił na talerzu na świeżym powietrzu, drugą zamknął zaś w naczyniu i „chustką zewsząd obwinął, aby ani muchy, ani żadne robactwo latające, nie mogło mieć do niego przystępu”. Po kilku dniach dwa kawałki mięsa zgniły. Co jednak istotne, w kawałku szczelnie zamkniętym w słoiku nie pojawił się żaden robak, choć mięso pozostawało w zamknięciu jeszcze przez ponad miesiąc. Natomiast w drugiej porcji wołowiny, znajdującej się na talerzu, po kilku dniach pojawiło się mnóstwo białych, obłych stworzonek. Stąd też Redi uznał, że w tej porcji udźca musiały znieść jaja jakieś bardzo małe, niewidzialne dla oka owady.

Redi powtarzał swoje próby także na innych produktach spożywczych, przede wszystkim na serze. Przy czym dlatego, że chciał uniknąć zarzutu, iż robaki nie zalęgły się w szczelnie zamkniętych słoikach dlatego, że brakowało tam powietrza i się podusiły, uczony zaczął zakrywać naczynia z jedzeniem bardzo delikatnym materiałem, który przepuszczał powietrze, stanowiąc jednocześnie barierę nie do pokonania przez insekty.

W rezultacie swoich doświadczeń Redi stwierdził, jak napisał Rogaliński, że zielone muchy składają w ścierwie codziennie po „200 nasionek, a pająki nie mniej niż 160”. Natomiast protooświeceniowy lekarz francuski René-Antoine Ferchault de Réaumur ogłosił, że pajęczyca może złożyć od 400 do 500 jajek, z którego „wykluje się” jej potomstwo. Niemniej pod koniec XVII wieku w I Rzeczypospolitej nadal wierzono w teorie abiotyczne. Przykładowo, w Uczonych rozmowach Wojciech Tylkowski pisał, że w ścierwie „mieszają się części suche między wilgotne; zaczem nie może się z nich jedna rzecz wielka rodzić, ale mnóstwo drobnych, jako wilgotność na mnogie cząstki podzielona w trupie”. Co więcej, jezuita w analogiczny sposób tłumaczył powstawanie glizd w ciele małych dzieci: „gdy materia gruba, flegmatyczna [w ludzkich trzewiach] zgnije, a ciepło przyrodzone przystąpi, tedy tak jako w ziemi wylęże się robak”.

***

Dzięki stworzeniu przez Holendrów mikroskopów, zwanych w Polsce drobnowidzami, które umożliwiały prowadzenie badań nad światem owadów i innych mikroskopijnych stworzeń, niebawem zaczęła rozwijać się nowa nauka. Bazowała ona na zdziwieniu, że „głowa muchy wydaje się haftem najbogatszym; a jad czy odrobina pleśni – najrozkoszniejszym ogrodem”. Zresztą, jak napisał Rogaliński, odwołując się do Św. Augustyna, „wszędzie dziwić się trzeba nad mądrością najwyższego i najdoskonalszego rzemieślnika [...], a moc Boska nie mniej przedziwna się wydaje w najmniejszych, jako największych jego dziełach”. I tak, w XVIII wieku narodziła się insektoteologia – niezwykła teoria, głosząca, że dzięki poznaniu świata owadów, będzie można poznać wielkość Stworzyciela. Badania insektoteologiczne zapoczątkował Friedrich Christian Lesser, luterański polihistor i teolog, który był przedstawicielem rozwijającej się od XVII wieku fizykoteologii, czyli opartej na filozofii przyrody teologii natury (gr. physis – natura). W 1738 roku opublikował on książkę Teologia insektów, albo ukazanie perfekcji boskiej we wszystkim tym, co dotyczy owadów, w której pojawiły się informacje o roślinach i owadach występujących także w Polsce oraz o pochodzącym z Prus Królewskich łaziebniku, wychowanku gdańskiego profesora anatomii Johanna Adama Culma, Johannie Davidzie Plocku, który z powodzeniem uprawiał tę naukę.