© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum

Staropolska Wielkanoc

Wielkanoc poprzedza Wielki Tydzień, który w kulturze staropolskiej pełen był niezwykle bogatych obrzędów budujących tradycje i kształtujących tożsamość mieszkańców I Rzeczypospolitej. Do najstarszych, a zachowanych do dziś zwyczajów wielkanocnych należy chodzenie po grobach. Symboliczne groby Chrystusa wznoszono w polskich kościołach od XVI w. Zwyczaj ten przywędrował aż z Ziemi Świętej, a popularyzował go zakon bożogrobców. W XVII w. kościoły, zwłaszcza w Warszawie, prześcigały się w pomysłach na oryginalne aranżacje, czasem też wystawiano przy nich relikwie, którym wierni oddawali cześć. Przy grobach matrony i panny z zacniejszych domów prowadziły zbiórkę na potrzeby danej świątyni, bractwa religijne sprawowały zaś swe msze. Groby te były nawiedzane licznie, a ich obchodzenie w wielkich miastach zaczynało się o godz. 13 i trwało aż do północy. Przy tym za dnia obchodzili groby znamienitsi mieszczanie i rezydujący w miastach panowie szlachta, wieczorami zaś pospólstwo i służba. Zwyczaj ten praktykowali z różnym entuzjazmem również polscy monarchowie i ich rodziny. Albrycht Stanisław Radziwiłł w swym „Pamiętniku” wspomina, że 6 kwietnia 1635 r. przebywający w Warszawie Władysław IV Waza, mimo chorych nóg (podagra), nawiedził aż pięć grobów. Dzień później królewna Anna Katarzyna Konstancja, podróżując w kolasie, odwiedziła wszystkie groby w świątyniach warszawskich, świadomie pomijając jedynie kapucynów. Z kolei Jędrzej Kitowicz w „Opisie obyczajów…” utyskiwał, że August III prawie w ogóle nie odwiedzał warszawskich grobów, ograniczając się jedynie do udziału w nabożeństwie u augustianów.

Z grobami łączy się również obyczaj wystawiania przy nich wart honorowych, znany już w XVII w. Często miały one niezwykle barwne, malownicze i egzotycznie wyglądające mundury. Straże tego typu nazywano Turkami lub Turkami wielkanocnymi, a geneza tej dziwacznej formacji wywodzona jest czasem od zwycięstwa Jana III pod Wiedniem. Straże Turków wielkanocnych do dziś można spotkać w południowo-wschodniej Małopolsce, w okolicach Krosna, Rzeszowa, Przemyśla czy Stalowej Woli. Straże nie tylko pełniły wartę nad grobami, ale też uczestniczyły w procesjach rezurekcyjnych. W czasach staropolskich odbywały się one w miastach już w Wielką Sobotę wieczorem lub o północy, na wsiach zaś – w Wielką Niedzielę o świcie. Dopiero w XX w. ustaliła się tradycja odprawiania rezurekcji o świcie w Wielkanoc. W procesjach rezurekcyjnych w stolicy uczestniczyli także monarchowie z całym swym dworem, baldachim nieśli wówczas senatorowie lub urzędnicy dworscy. Wszystkie procesje łączyła tradycja hucznych wystrzałów, które w obecności monarchy wykonywała artyleria koronna. Na dworach magnackich nie brakowało zaś wystrzałów armatnich czy moździerzowych. Bywało wszak, że w ubogich wiejskich parafiach straż tworzyły zaopatrzona w broń palną służba czy wręcz parobkowie. Ci nieobyci z bronią ludzie często strzelali bez porządku i bez komendy, nieraz porządnie strasząc zaskoczonych wiernych. Stąd właśnie wzięło się cytowane przez Kitowicza określenie wyszydzające strzelców: strzelają jak na rezurekcją.

Po rezurekcji przychodził czas na uroczyste wielkanocne śniadanie, najpierw jednak w niektórych regionach Polski odbywał się swoisty wyścig furmanek i zaprzęgów wracających do domu możliwie najszybciej. Powszechnie zaś uważano, że w tak uroczysty dzień nie godzi się jeść innego pokarmu, jak tylko pobłogosławiony przez kapłana. Panował też pogląd, że po okresie ścisłego postu nadmierne ucztowanie może okazać się niezdrowe. Modlitwa, błogosławieństwo kapłańskie i woda święcona miały więc przynajmniej częściowo chronić biesiadników przed zgubnymi skutkami wielogodzinnej uczty. Dlatego potrawy na wystawne uczy przygotowywano kilka dni wcześniej i zastawiano nimi stół już w Wielką Sobotę, by był gotowy zaraz po przybyciu z rezurekcji. Zależnie od zamożności domu liczba i asortyment potraw przygotowanych do święcenia bywał bardzo zróżnicowany. Na stołach zamożniejszej szlachty i magnatów nie brakowało więc wędlin, drobiu, pieczeni, w tym z dziczyzny. Obficie prezentowały się wypieki, wśród których prym wiodły wielkanocne baby i baranek z ciasta. Oczywiście były tam również pisanki. Tego wszystkiego nie sposób było zanieść do święcenia. Dlatego też powszechnym zwyczajem było, że domy zamożniejszych mieszkańców parafii kapłan nawiedzał osobiście i święcił wszystkie pokarmy przygotowane na stole. W domach magnackich często zaś czynił to dworski kapelan. Stąd właśnie wzięła się nazwa: święcone. Tylko biedniejsi zanosili w skromnych koszyczkach pokarmy do świątyni lub wybranego we wsi domu. Dopiero w XX w. obyczaj zrównał biednych i bogatych w zanoszeniu święconego do świątyń.

Samo śniadanie rozpoczynano od dzielenia się jajkiem. Podobnie jak w przypadku wigilijnego opłatka zwyczaj nakazywał dzielić się ze wszystkimi. Przeto nawet najwięksi panowie nie pomijali w tym geście służby. W południowych regionach Polski obowiązkowo spożywano jeszcze laskę surowego chrzanu, co miało przez cały rok chronić przed bólem brzucha, zębów, kaszlem i katarem oraz stanowić dodatkowe wyrzeczenie przed czekającą wszystkich ucztą.

Wielkanoc staropolska była świętem rodzinnym. Spędzano ją w domach na wielogodzinnych ucztach. Tak lubiane przez szlachtę wizyty odkładano na dzień następny.