© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum

Statysta i dyplomacja francuska

Zakończona w 1660 r. wojna ze Szwecją pokazała słabość ustrojową Rzeczypospolitej  i konieczność przeprowadzenia reform. Dwór królewski świadom tego zmierzał przede wszystkim do wzmocnienia władzy królewskiej przez przeprowadzenie elekcji vivente rege.

Bez reszty zaangażowała się w tę sprawę królowa Ludwika Maria, główna rozgrywająca w polskiej polityce. Dążyła ona do osadzenia na tronie francuskiego kandydata. Utworzone przez królową stronnictwo profrancuskie składało się z magnatów piastujących wysokie urzędy, przeważnie z nadania Jana Kazimierza. Należeli doń kanclerz wielki koronny Mikołaj Prażmowski, późniejszy prymas, Stefan Czarniecki, Jan Sobieski, wówczas chorąży wielki koronny, referendarz koronny Jan Andrzej Morsztyn, kanclerz wielki litewski Krzysztof Pac. Oni to – nie za darmo – poparli kandydaturę księcia Henryka Juliusza d’Enghien, syna Kondeusza. Wszyscy stronnicy otrzymywali pensje od dworu francuskiego, a o jej wysokości decydowała Ludwika Maria. Tak np. Sobieski w 1661 r. otrzymał 4800 liwrów, w 1662 r. – już 8000. Kandydaturę księcia wspierał osobiście Ludwik XIV, miał bowiem na widoku oderwanie Polski od wpływów austriackich, co w toczącej się rywalizacji między Francją a Cesarstwem o hegemonię w Europie miało podstawowe znaczenie. Ewentualny Habsburg na tronie polskim, co wcale nie było nierealne, zważywszy na podwójne elekcje Stefana Batorego i cesarza Maksymiliana (1575 r.) czy Zygmunta III i arcyksięcia Maksymiliana (1587 r.), wzmacniałby pozycję Austrii w tej części Europy. Przeciwko kandydaturze francuskiej występowali magnaci z Jerzym Sebastianem Lubomirskim, marszałkiem wielkim koronnym, na czele (nota bene początkowo popierającym Francuza) wspierani przez dyplomację i pieniądze austriackie.

Plany elekcyjne upadły na sejmie 1662 r. Wówczas w stronnictwie francuskim pojawił się projekt ogłoszenia przez Jana Kazimierza abdykacji, a wtedy zadaniem stronników księcia d’Enghien miało być przeforsowanie jej kandydata, zanim stronnictwo austriackie ochłonie i wyłoni swojego pretendenta. Dla urzeczywistnienia planów Ludwik XIV w 1665 r. przysłał do Warszawy jako ambasadora kardynała Pierre de Bonzi. Miał on nakłonić króla do abdykacji i wspierać  kandydata francuskiego. Zmienił się też kandydat do tronu. Z woli Króla Słońce został nim Kondeusz Wielki (Ludwik II Bourbon-Condé), bodajże  najznakomitszy dowódca tamtych czasów.

W tym samym roku Jan Sobieski otrzymał urząd marszałka wielkiego koronnego po skazanym w grudniu 1664 r. przez sąd sejmowy na banicję i utratę urzędów za bunt przeciwko władzy królewskiej Jerzym Lubomirskim, który wcześniej przezornie czmychnął na Śląsk. Trzeba uczciwie powiedzieć, że Sobieski nie chciał przyjąć godności. Pamiętał – co rzadko się zdarza – że kiedyś pod Beresteczkiem (1651 r.) marszałek uratował mu życie. Szczęście jednak sprzyjało zamiarom królewskim. Nie było tajemnicą, że Sobieski od dawna był zakochany w Marii Kaziemierze d’Arquien Zamoyskiej, dwórce królowej. Los sprawił, że 7 kwietnia 1665 r. piękna wojewodzina została wdową. Uwiadomiony Sobieski przybył z Żółkwi do Warszawy. Tu w zamkowej kaplicy pod patronatem królowej 16 maja w największej tajemnicy chorąży wielki koronny poślubił ukochaną. Wraz z ręką Marysieńki musiał przyjąć urząd marszałka.

Sobieski niedługo cieszył się swym szczęściem. Wkrótce wyjechał, by bronić wschodnich rubieży Rzeczypospolitej. Turcja jeszcze nie atakowała, ale czambuły tatarskie pustoszyły Ukrainę. Szlachta wrogo nastawiona do króla, któremu nie mogła zapomnieć planów elekcji, nie przyjmowała do wiadomości ostrzeżeń o grożącym niebezpieczeństwie, uważając, że są to wymysły dworu rozgłaszane po to, by umożliwić księciu Kondeuszowi wylądowanie w Gdańsku. Na wiosennej sesji sejmowej w 1667 r. uchwalono redukcję wojska do 12,5 tys. żołnierzy. Na domiar złego 16 maja umarła Ludwika Maria. Sobieski na krótko przyjechał do Warszawy, by omówić szczegóły pogrzebu królowej, i powrócił do obozu. Zaniechał też agitacji na rzecz Francuza, byłoby bowiem szaleństwem jawne opowiadanie się za Kondeuszem. Więcej, w liście do żony napisał: „Nie życzę i nie radzę dobrym sumieniem, aby Kondeusz przyjeżdżał na pogrzeb we wrześniu”. Gorączka antyfrancuska podsycona pogłoską o wylądowaniu Kondeusza w Gdańsku 17 czerwca przyćmiła zdrowy rozsądek. Odzywały się głosy: „My się z tej nie boimy strony [tureckiej], tylko od Kondeusza; a w ostatku niech tu nas i popalą; my wolim tu odstradać wszystkiego, a iść przeciwko tamtemu”. Gwoli ścisłości dodać należy, że również kandydat austriacki nie miałby szans wśród szlachty.

W takich okolicznościach sprawy „dyplomacji” wzięła w swe ręce rezolutna Marysieńka. Jej celem było przeniesienie się wraz z małżonkiem nad Sekwanę, a wcześniej uzyskanie dla Sobieskiego tytułu kawalera Orderu św. Ducha, marszałka, księcia, para i prawa stałego mieszkańca Francji, dla swojej rodziny zaś załatwienie sprawy należnego spadku, którego przejęcie rzekomo blokował Kondeusz. Najpierw więc groziła ambasadorowi, że dopóki rodzina nie otrzyma dziedzictwa, Sobieski nie weźmie udziału w promowaniu Kondeusza, a potem wbrew oczywistej prawdzie zapewniała Bonziego, że małżonek prowadzi w wojsku agitację za detronizacją Jana Kazimierza i osadzeniem na tronie Kondeusza. Dlaczego tak wytrawny dyplomata uwierzył Marysieńce – trudno pojąć.

Tkwił więc Sobieski w obozie, od czasu do czasu przepędzając czambuły tatarskie zapuszczające się na ziemie Rzeczypospolitej. Wreszcie wybrany na przewodniczącego Komisji Likwidacyjnej i Komisji Trybunału Skarbowego, zwołanych dla obliczenia i wypłacenia zaległego żołdu – co było dowodem zaufania – 27 czerwca 1667 r. zjechał do Lwowa i przebywał tam do 18 sierpnia. Wobec bierności króla sam wydawał uniwersały do szlachty, w których wzywał do zabezpieczania się przed najazdami, a we Lwowie do zaopatrywania się w żywność. Nie zajmował się polityką, bo nie był to czas po temu. Miał jednak uzasadnione pretensje o redukcję wojska i wolną elekcję. Pisał: „Ktokolwiek z obcych ludzi przyjeżdża do Polski, to powiada, że Polacy poszaleli, gdy pod taki czas, gdy troje trzeba było zaciągnąć [tzn. potroić zaciąg], oni i to zwijają wojsko. […] Gdyby u nas teraz nie te nieszczęsne differencye [podziały], które elekcja narobiła, to by było i wojska nie zwijano i inaczej o Rzeczypospolitej radzono”.

W tym stanie ducha otrzymał pod koniec lipca list od ambasadora francuskiego, który wprawił go w zdumienie. Bonzi donosił w nim, że Ludwik XIV zmienił swoje plany i zamierza poprzeć starania księcia neuburskiego Filipa Wilhelma o wydanie jednej ze swoich córek za owdowiałego Jana Kazimierza.

Nieco wcześniej, 18 lipca 1667 r. kardynał Bonzi otrzymał depeszę, w której władca ten wyjaśniał powody swojej decyzji. Ludwik XIV chciał mieć wolne ręce przed planowaną wojną z Hiszpanią, dlatego musiał się zabezpieczyć przed ewentualnym wystąpieniem Austrii i zamknąć wojskom cesarskim drogę przez Ren. Trzeba więc było pozyskać książąt Rzeszy mających tam swoje posiadłości. Udało mu się przekonać elektorów mogunckiego i kolońskiego oraz biskupa monasterskiego. Książę Filip Wilhelm neuburski, początkowo chętny, zaczął zwlekać z ratyfikacją układu, stawiając warunek – w zamian za traktat Francja musi poprzeć jego plany matrymonialne. Temu życzeniu należy uczynić zadość, bo „Ren jest ważniejszy od Wisły”. Książę Kondeusz otrzymał polecenie zaniechania starań o tron polski i podpisał akt zrzeczenia się. Króla Jana Kazimierza należy odwieść od abdykacji. Jak nietrudno się domyślić, plan ten był aktualny do zakończenia wojny z Hiszpanią (maj 1668 r.). Sobieski oczywiście nie został wtajemniczony w zamysły Ludwika XIV. Zaskoczony odpowiedział Bonziemu 12 sierpnia, że nie widzi możliwości poparcia nowego kandydata.

Jak się wydaje, meandry dyplomacji francuskiej pozwoliły mu bezkonfliktowo uwolnić się od zobowiązań. Odzyskał zaufanie szlachty, nie bez pomocy częstych bankietów, na których „pić musiał więcej, niż zdrowie pozwalało”. Mając wiele dowodów przywiązania, poczuł się wodzem, któremu zaufał cały naród [szlachecki] oczekujący obrony przed najazdem nieprzyjacielskim.

17 sierpnia dotarła do niego wieść, że sprzymierzone siły tatarsko-kozackie szykują się do uderzenia na wojsko polskie. Przeciwko ponad trzydziestotysięcznej armii mógł wystawić około ośmiu tysięcy żołnierzy. Obmyślił więc plan, żeby rozmieścić nieliczne w końcu oddziały w różnych warowniach i tak nękać wrogów, by nie mogli wszystkich jednocześnie oblegać ani zdobywać pojedynczo. Strategia ta była tak ryzykowna, że Kondeusz, któremu nieobce były straceńcze wyprawy, wieszczył śmierć Sobieskiego, a za nim Polski. Na szczęście proroctwo to nie spełniło się. W bitwie pod Podhajcami (6–16 października 1667 r.) najeźdźcy ponieśli ciężkie straty, a oddziały polskie przecięły drogę aprowizacji armii tatarsko-kozackiej. Po tej klęsce chan stał się spolegliwy i w ciągu kilku godzin 16 października podpisano porozumienie, a w trzy dni potem (19 października) z Kozakami. A król Jegomość? Obudził się 17 października – podpisał zwołanie pospolitego ruszenia na dzień 15 listopada, odwołane zresztą po otrzymaniu wiadomości o zwycięstwie.

Ambasador francuski nie omieszkał donieść o sukcesie Sobieskiego. W liście datowanym 4 listopada 1667 r. napisał: „Marszałek wielki [...] układał się, a czynił to tak sławnie i szczęśliwie, że gdyby nawet wygrał trzy bitwy, nie mógłby dla Polski korzystniejszego zawrzeć traktatu [...] a wszystko bez obowiązku wydania wojny carowi, czego się obawiano. Pospolite ruszenie zaraz zostało odwołane i Polska będzie się cieszyła pokojem na wszystkie strony [...] Zasmakuje [Sobieski] w sławie, jaką zdobył sobie w tej okazji, i należy utrzymać go w służbie WKMci, bo on jeden może grać wielką rolę w tym królestwie”.