© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   24.08.2015

Szczęśliwa ja jeśli mogłabym umrzeć w Kościele przed Bogiem. Maria Klementyna Sobieska błogosławioną?

Chodzenie do kościoła sprawia mi ogromną przyjemność. Nigdy nie czuję się lepiej niż gdy idę do kościoła. Nie chce w to wierzyć ani ojciec spowiednik ani nikt inny; ale tak jest: czuję z tego powodu przeogromną przyjemność – miała mawiać Maria Klementyna Sobieska Stuart w ostatnich dniach swojego życia. Wychudzona, słaba, godzinami oddawała się modlitwie, nie marząc o niczym innym jak tylko o śmierci w kościele: szczęśliwa ja jeśli mogłabym umrzeć w Kościele przed Bogiem! Nie jestem tego godna. A jakież jest większe szczęście od tego? Jakaż większa łaska dać mi umrzeć w kościele przed nim? Te i wiele innych wypowiedzi Marii Klementyny pochodzi z dokumentów zbieranych w Rzymie, a przygotowywanych do jej procesu beatyfikacyjnego w połowie XVIII w. Świętą Sobieska ostatecznie nie została, ale zachowane materiały, nawet jeśli koloryzowane na użytek procesu, pisane wyjątkowym stylem, dostarczają ciekawej wiedzy na temat jednej z ostatnich przedstawicielek rodu Jana III.

Wśród setek zgromadzonych stron znajduje się m.in. list Jakuba Sobieskiego opisujący wczesne dzieciństwo ukochanej córki i jej skłonność do pobożności. Dołączono też historię życia Marii Klementyny podzieloną na rozdziały, zatytułowaną Della Nascita, pia Educazione, e Santa Vista Della Ven. Serva d’Iddio Maria Clementina Sobieski Regina Della Gran Bretagna (O Narodzinach, bogobojnym Wychowaniu i Świętej Aparycji Czcigodnej Służki Boga Marii Klementynie Sobieskiej Królowej Wielkiej Brytanii), teologiczny opis wiary i cnót Sobieskiej, kilka jej listów, a także 26 krótkich bilecików pisanych przez Klementynę w ostatnim okresie życia, tj. w latach 1731–1734, głównie do jej spowiednika, ojca Pietra Cangiassiego. Materiały uzupełniają relacje świadków.

Niewątpliwym przełomem w życiu Marii Klementyny był rok 1725, kiedy to postanowiła opuścić męża i schronić się w klasztorze św. Cecylii na Trastevere. Szpieg króla angielskiego Jerzego I pisał wówczas, że chyba tylko nowe opery grane w rzymskich teatrach spowodują, że opuści ona swą klasztorną celę, tak bardzo bowiem kochała muzyczne rozrywki. Tym razem jednak się pomylił. Maria Klementyna pozostała w klasztorze przez kolejne dwa lata, rezygnując z uczestnictwa nie tylko w karnawałowych szaleństwach, ale z wszelkich przyjemności i wygód. Płakała tylko z tęsknoty za synami. Myśląc o nich, popadała w stany omdlenia, z których ratowała ją przyjaciółka, księżniczka di Piombino. W 1727 r. Maria Klementyna postanowiła powrócić do męża, który przebywał wówczas w Bolonii. W pierwszym momencie małżonkowie nie spotkali się, ponieważ Jakub wyjechał z synami poza miasto. Maria Klementyna zdecydowanie odmówiła wtedy uczestniczenia w zorganizowanych specjalnie dla niej rozrywkach, odpowiadając, że zgodnie z nauczaniem św. Pawła, kiedy mąż jest daleko, żona powinna trzymać się na uboczu. W prasie coraz częściej odnotowywano też, że ta księżniczka jest bardzo melancholijna, przyjmuje niewiele wizyt i spędza cały czas, odwiedzając kościoły albo ze swoimi synami. Także rok 1728 Stuartowie spędzili w Bolonii. Z tego okresu pochodzą kolejne informacje: ta księżniczka uciśniona zmartwieniami i obawami oddaje się całkowicie ćwiczeniom religijnym.

Czym martwiła się Klementyna? Czy były to jeszcze kwestie doczesne? Nie wiemy. Nie ma jednak wątpliwości, że pobyt na Trastevere musiał być punktem zwrotnym w jej życiu, chociaż nic tego nie zapowiadało. W listach pisanych w początkowym okresie pobytu u sióstr do ojca Jakuba Sobieskiego, z dumą, rzeczowo i z pełną świadomością pisała, że schroniła się w klasztorze, aby dbać o dobre imię Sobieskich: Nie mogę zapomnieć, że jestem twoją córką i wnuczką króla Jana. Gdybym nie zareagowała, sprzeciwiłabym się pozycji i urodzeniu, będąc złączona z tak wieloma władcami Europy. Co się zatem stało za murami klasztoru? Wydaje się, że jakieś cechy życia klasztornego – może długie godziny spędzone w samotności, może powtarzane modlitwy, może życie skoncentrowane na pomaganiu słabszym – trafiły na podatny grunt w osobie Marii Klementyny? W jej wrażliwości musiała być skłonność do tak bogatego życia religijnego. Czy może nieudane życie małżeńskie tak mocno wpłynęło na jej psychikę, że odrzuciła świat doczesny, znajdując spokój i wytchnienie w ascezie? A może był to wpływ Rzymu, miasta wielkich kontrastów, w którym przyjemność i zmysłowość współistniały z religijnym fanatyzmem? Nadal trudno odpowiedzieć na te pytania. Nie ulega jednak wątpliwości, że dotychczasowe życie zaczęło się wydawać Klementynie próżne i bez znaczenia, co doskonale pokazuje jeszcze jeden fragment z dokumentów beatyfikacyjnych. Przyznała, że kiedyś uwielbiała piękną, drogocenną biżuterię. Teraz namiętność tę uważała za swój grzech i miała kiedyś wykrzyknąć: O mój Boże! Pamiętasz swą córkę, kiedy zatracałam się w tych szaleństwach? Gorzko opłakiwała czas, w którym ceniła wszystkie te głupstewka.

Przejmujące są też zachowane w materiałach bileciki wysyłane przez Marię Klementynę do spowiednika, ojca Cangiassiego. W porównaniu do okrągłego, wyraźnego pisma nastoletniej Klementyny ostatnie wysyłane przez nią wiadomości są trudne do odczytania. Pismo wskazuje na wyczerpanie, pewną nerwowość, wzburzenie. Litery są chwiejne. Wzruszająca jest też ich treść – ciągła potrzeba akceptacji dla swoich działań ze strony spowiednika, powierzanie siebie Bogu, szukanie wytchnienia w śmierci, jak i opis tego, co danego dnia zjadła lub wypiła. A nie było tego wiele – filiżanka kawy lub odrobina bulionu. Z bilecików tych wynika, że Klementyna, łagodna i słodka nawet wtedy, była głęboko nieszczęśliwa i znajdowała się u kresu swoich sił.

Śmierć opanowała życie Klementyny niedługo po, wydawałoby się, radosnym pojednaniu z mężem i dziećmi w 1727 r. Po krótkim, bo trwającym niecałe sześć lat okresie oddanym przyjemnościom, zmysłowości, muzyce, ale także miłości, najpierw do męża, potem przede wszystkim do synów, przeszła na stronę życia kontemplacyjnego, samotnego, natchnionego. W pierwszej dedykowanej jej w Rzymie kantacie urodzinowej postaci Astrea, Tybr i Genio Celeste przepowiadały jej wielką przyszłość. Jak wiemy, ich przepowiednie się nie spełniły. Klementyna nie stworzyła z Jakubem unii dusz, nie zasiadła na tronie angielskim u boku męża, Anglia nie powróciła na łono katolicyzmu za sprawą Stuartów. Polityczne nadzieje okazały się mrzonką. Klementyna nie miała też radosnego, barwnego życia w stolicy świata, nie doczekała licznego potomstwa okrytego chwałą. Z perspektywy czasu znaczące w tej kompozycji wydają się kończące ją słowa, które przywoływały biblijną historię o Abrahamie i jego żonie Sarze (zabieg należący do rzadkości w kantatach świeckich). Biblijni bohaterowie zawierzyli swe życie Bogu. Podobnie uczyniła Maria Klementyna. Jak czytamy w dokumentach beatyfikacyjnych:- Prawdziwe królestwo, do którego aspirowała, nie było tym Anglii, ale tym Nieba.

Logo POIiŚ