© Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie
Silva Rerum   Silva Rerum   |   13.03.2015

Wespazjan Kochowski

Ciekaw jestem, to będzie sprawdzian Waszego zakorzenienia w miejscu skąd pochodzicie, czy bylibyście zadowoleni, gdyby krytycy powiedzieli o Was: „x? A to poeta/poetka ziemi kieleckiej, mazowieckiej, mławskiej”, czy jakiejkolwiek innej. Bylibyście dumni z tego? Nie czulibyście swego rodzaju skrępowania? Że przecież Wasza sztuka nie z jedną ziemią jest związana, że jesteście artystą/artystką o formacie światowym, a nie… powiatowym? A właśnie w ten sposób - „poetą ziemi kieleckiej”, badacze nazwali biednego Wespazjana Kochowskiego. Faktycznie: jest on kielecki. Może nawet dokładniej goleniowski. Kto czytał jego inteligentną poetycką „polemikę” z Pieśnią Panny XII Jana Kochanowskiego, tak z tą pieśnią, co to zaczyna się tym sławetnym przyśpiewem w rytmie poleczki:

Wsi spokojna

Wsi wesoła

Który głos

Twej chwale zdoła

a potem mamy u Mistrza Jana do czynienia z nieoczekiwanym pojawieniem się w tej wsi spokojnej staropolskiej jakichś mitologicznych dziwów, faunów, nimf i tak dalej,

Zatem, kończąc owe przydługie wtrynianie wątków, polemizując z ową Kochanowskiego mitologizacją, Kochowski w wierszu „Budynek” napisze:

 

Nie dmę w dudy grając pieśni,

Satyrowie aby leśni

Znali wdzięczność z tej ofiary,

Że im glos grzmi mej fojary.

 

Z nimi także, co się rady

Zigrywają, Oready

Darmo by się spodziewały,

By ode mnie dzięk mieć miały.

 

Ni ciebie, Faunie dwurogi,

Co straszysz Nimfy niebogi,

Jaki potka upominek

Za drzewo na mój budynek,

 

Które to z Irządz, ze Lgoty,

Inszej niechawszy roboty,

Z Bobolic i z bliskiej z Sprowy,

Ciężkim woził tram dębowy.

 

Cała, zatem okoliczna wioskowa atmosferka z tego wiersza wyłazi, jak przysłowiowa słoma z butów. Podobnie w innych tekstach z tomu „Niepróżnujące próżnowanie”, gdzie macie dosłownie obecne, może już bardziej nieco małopolskie zamieszkiwanie podmiotu lirycznego zaświadczone wielokrotnie. Ale nie dlatego iż był poetą ziemi kieleckiej czy piewcą sanktuariów maryjnych Małopolski, zasłynął Kochowski i znalazł swoje miejsce w historii literatury całkiem poczesne. Stało się tak dlatego, że był jednym z ostatnich – jak to ładnie Czesław Hernas napisał – poetów samotnych drugiej połowy wieku XVII. Jego biografia nie ustępowała typowej biografii rycerskiej tamtych czasów: młodość wczesna w ławie szkolnej (ukończył Kolegium Nowodworskiego w Krakowie), młodość nieco późniejsza w siodle (walczył elegancko jako przystało na obywatela od lat 40. do 60.), potem osadzenie się na swoim „szpłachciu” u boku wybranki serca.

Tyle, że Wespazjan Kochowski wcale nie był typowym hreczkosiejem, raczej nietypowym erudytą o wielkiej pasji historycznej. Był autorem opasłego dzieła historiozoficznego nazwanego przezeń Klimakterami. I miał też, jak przystało na historiografa pewną koncepcję historiograficzną, a może bardziej numerologiczną, na podstawie której (albo rzecz miała się na odwrót, to zainteresowanie historią przyniosło mu takie odkrycie!) sądził, że siódemka rules. Siódemka rządzi dziejami: 7, 70, 700, a nie daj Boże 77 czy 777 itp. Obliczył dzieje, poobserwował zjawiska i doszedł do wniosku, że wiek XVII, nota bene, to wiek przełomowy. Przypatrując się dzisiejszej perspektywy tamtym czasom, czasom nie mogącej się skończyć wojny drugiej połowy wieku, wcale mu się nie dziwię. A wszak pod koniec tego wieku przełomowego, w 1683 roku, polskie wojska pod wodzą Jana Sobieskiego oswobodziły Wiedeń zaciekle atakowany przez Turków.

Kochowski był pod Wiedniem, jako historyk uprzywilejowany króla polskiego. Efektem tego wiedeńskiego pobytu były dwa dzieła: nieudana, nieskończona epopeja Dzieło Boskie albo pieśni Wiednia wybawionego i Trybut wdzięczności… albo Psalmodia polska. Przy czym to drugie, wydane w 1695 na Jasnej Górze w Częstochowie, to dzieło absolutnie rewelacyjne, arcy-dzieło, jedno z dzieł fundamentalnych dla polskiej kultury. Chociaż nie należy zapominać tak samo i o owym zbiorze Niepróżnujące próżnowanie (1674), z którego pochodzi ów cytowany wyżej wiersz Budynek. Bardzo ciekawe to nawiązanie do klasycznego modelu pieśni horacjańskiej (co nie udało się Kochanowskiemu: zadanie stworzenia zbioru w pełni horacjańskiego, z pięcioma księgami pieśni, udało się w sto lat mniej więcej potem Kochowskiemu), zarazem jednak manifest barokowej, sarmackiej wrażliwości, swoistego mesjanistycznego rozumowania o wybraństwie Polaków i historycznego nacechowania żywiołu lirycznego.

Co mam na myśli? Zobaczcie sobie w wolnej chwili, że ten zbiór, który uczciwie jakoś jednak dzieli księgi pod względem tematyki, zarazem jednak ma drugą, ukrytą, może zasadniczą oś konstrukcyjną: jest swoistą autobiografią autora (a może jego pokolenia jednocześnie) i zapisaną w wierszach dziejącą się historią wspólnoty politycznej. Świetny to zamysł! Inspirujący dla innych poetów, zaskakujący, pozwalający na niejednoznaczną lekturę tego, co ma do powiedzenia poeta. Ale jeśli faktem jest, iż Kochowski miał swoiste zamiłowanie do cyfr i kombinacji z nich wynikających, to zamysł tego dzieła wydaje się oczywisty: chodziło poecie o spowiedź „dziecięcia wieku” z silnie zarysowanym kontekstem historycznym, zarazem jednak o intertekstualne aluzje do Wielkiego Klasyka.

Ale to mało, bo w ostatnim swym wielkim dziele, owej Psalmodii polskiej (a nie należy zapominać o mistycznym, geometryczno-gnomicznym zbiorze aforyzmów maryjnych Ogród panieński) trajektoria dzieła pisarskiego Kochowskiego zbliża się w sposób nieosiągalny dla poprzedników i następców do innego arcy-poety: Dawida. Śmiem albowiem sądzić, że owa Psalmodia, napisana niejako na granicy czasów, u progu zejścia Królestwa Polskiego w ciemną dolinę swoich dziejów, to jedno z dzieł najgłębiej fundamentalnych dla naszej kultury. Potem jeszcze wznoszą się na takie wyżyny ducha – Mickiewicz, może Krasiński, może dzisiaj, ostatni z takich poetów ustanawiających – Rymkiewicz.

Psalmodia, którą niezasłużenie przyjęto się zaliczać do staropolskich parafraz biblijnych ma, jak mi się wydaje, znacznie więcej do powiedzenia niż tylko dotykanie owych biblijnych kontekstów. Kochowski ma doskonałą świadomość (dzięki swojej numerologicznej fascynacji), iż wiek XVII jest wiekiem przełomowym dla Rzeczypospolitej, również dlatego, że na jego oczach doszło do historycznego wypełnienia się misji sarmackiej w Europie: Polacy obronili Wiedeń na koniec stulecia i przyczynili się do regresu od wieków zagrażającej Europie Turcji. Kochowski stawia w swojej Psalmodii pytanie: co dalej? Jak sobie poradzi sarmacka cywilizacja w nowej, powiedeńskiej rzeczywistości? Widać mocno lęk poety, że Rzeczpospolita nie znajdzie dla siebie idei, wokół której będzie ogniskował się sens jej trwania, stąd tak bardzo suplikacyjny, błagalny charakter tego dzieła. Poeta trzeźwo i przenikliwie ocenia możliwości duchowe i intelektualne współczesnych, a ocena ta jeszcze bardziej wzmaga ton błagalny: o miłosierdzie i osłonę dla kultury, która wkracza w trudny dla każdej kultury okres: życia w cieniu spełnionego zadania.

Wielkie to jednak dzieło nie tylko z racji tematyki, ale tak samo z racji na język. Kochowski przemawia w Psalmodii niesamowicie pojemną frazą poetycką. W jego mowie mieszka doczesność, doraźność, jego język zakorzeniony jest w powiatowym horyzoncie, a jednocześnie jest to język, który mierzy się odważnie z perspektywa kosmiczną, stwórczą, genezyjską zgoła.

Lektura Psalmodii polskiej potwierdza tezę, iż pod koniec wieku XVII powstawały w języku polskim dzieła niezwykle wybitne, ważne, zbierające, ogniskujące dokonania poetyckie całego okresu staropolskiego.