UE
Unia Europejska
nieslyszacy WCAG 2.0

Tematy

Jan Sobieski to postać tak barwna i ważna dla historii Polski, że jego biografią można by obdzielić kilka osób i żadna z nich pewnie nie wiodłaby nudnego żywota. Przedstawiamy dziesięć lat z życia Jana Sobieskiego, które poprzedziły objęcie przezeń tronu polskiego (1665–1674). Prezentowana książka omawia okres decydujący dla jego wysunięcia się z drugiego planu na pierwsze miejsce w państwie jako wódz i polityk.


To pierwsze tego typu rozwiązanie, które całkowicie zrewolucjonizuje identyfikację dzieł sztuki pochodzących z grabieży wojennych. Dzięki aplikacji możliwa będzie automatyczna identyfikacja obiektu jedynie na podstawie fotografii wykonanej za pomocą telefonu komórkowego.


Potłuczone Wazy

Polsko-ukraińskie swary o przeszłość nie powinny przysłaniać prostej prawdy, że na naszych konfliktach korzystała zawsze Rosja.

Epoka baroku to czas królów elekcyjnych, jakkolwiek poprzedni, których nie nazywamy elekcyjnymi, niekoniecznie (koniecznie nie) byli dziedziczni. Jednakże wiele im się hurtem wybacza, zapewne dlatego, że wydają nam się jakoś swojscy, czego przyczyny są doprawdy dość mętne, a właściwie niewiadome. Przykładem swojski Zygmunt August, w którym – że strawestuję Wokulskiego – tyle było Polaka, co trucizny w zapałce. Skądinąd, co Prusowi przyszło do głowy z tą zapałką?

Ale, cóż my tu teraz o zapałkach. Co najwyżej można powiedzieć, że przed wojną chłop dzielił zapałkę na czworo, a dzisiaj, szkoda gadać… Ale wtedy zapałka pewnie była czeska. Lepiej pomówić o zagadnieniach aksjologicznych, bo na zimę nie ma jak odrobina aksjologii. Mówiąc ściślej – który z królów elekcyjnych był najgorszy? Jest tu pewien wybór, bo każdy miał swoje wady: np. Stefan Batory miał skłonności tyrańskie, Jan Kazimierz zaś – kretyńskie. Moim wszakże zdaniem najgorszy był starszy i dużo zdolniejszy brat Jana Kazimierza, Władysław, nie bez przyczyny zwany Czwartym.

„Coś pan oszalał – ktoś powie – toż to król był wyśmienity, który pięknie Ruska pogonił”. Szczera to jest prawda, bo jego wojna, zwana polanowską, to najlepsza chyba kampania w dziejach Polski. Zresztą gonił nie tylko Ruska, ale i Turka, bo w branży militarnej debiutował, jeszcze królewicz, w chocimskim obozie Jana Karola Chodkiewicza. Nadto pan był dobrotliwy, choć z wiekiem nieco przyciężki, a za jego panowania państwo polsko-litewskie rozciągnęło się najszerzej w dziejach. Lubił też kobitki, choć z czasem nieco skapcaniał i przestał być tak na nie łasy jak wcześniej. No i z każdym umiał pogadać. Z pozoru: pycha-mniam.

Wszystkie te słodkie cechy kryły wszakże osobowość zaciętą i nadambitną, a Polsce wcale nieprzychylną. W naszym kraju wdział był właściwie tylko niezbyt poręczny instrument realizacji swych wybujałych pożądań, których jądro tkwiło w Stambule. To właśnie miłe, a wesołe miasteczko Władysław chciał zdobyć, bo w przekroju historycznym widział siebie jako kogoś na kształt Godfryda z Bouillonu. Nie pierwszy to nasz monarcha, który miał taką nerwicę natręctw: wcześniej był król Stefan, skądinąd władca bardzo w kraju nielubiany.

Ale, co my tu o nerwicach, przecież obiecaliśmy objaśnić, dlaczego Władysław był najgorszym monarchą w dziejach Polski. Ano dlatego, że zrobił największe głupstwo, bo, trochę mimochodem, wyadministrował swojemu państwu strasznego kopa, który – efektem domina – poprzewracał, ile strzyma. Głupstwo to zrobił w sprawach Kozaczyzny, gdzie, skądinąd, był wielce popularny.

Z Kozaczyzną był, jak wiadomo, kłopot od dawna. I rząd działający (powiedzmy sobie szczerze, choć nieładnie) w imieniu klas posiadających nigdy nie potrafił znaleźć innego wyjścia niż militarne, zwłaszcza że armia dawała sobie radę z niesfornymi Zaporożcami. Raz lepiej, jak Żółkiewski, raz trochę gorzej, jak Koniecpolski, ale jednak. Żaden wszakże z przywódców kozackich nie mógł się równać z polskimi hetmanami, wielki czas Chmielnickiego miał dopiero nadejść. Kozacy żalili się na ucisk polskich panów (naturalnie pochodzenia ruskiego) wysyłali poselstwa, te przedstawiały supliki: odpowiedzi były zwykle obcesowe lub zgoła głupie. Rzeczypospolita potrzebowała Kozaków tylko do wojen, na które przybiegali z ochotą, a czyny przez nich dokonywane wzbudzają podziw graniczący z osłupieniem. W „Ogniem i mieczem” pijany Chmielnicki (pić pił, ale pokonany przezeń pod Korsuniem hetman Mikołaj Potocki pił chyba jeszcze lepiej) wspomina w rozmowie ze Skrzetuskim jedno z takich poselstw: „Gdyśmy z Barabaszem czasu swego u króla miłościwego byli – powiada – i gdyśmy na krzywdy i uciski nasze płakali, pan nasz rzekł: a to nie macie samopałów i szabli przy boku?”.

Mieli, mieli – i jedno, i drugie. No i okazało się, że umieli tych przedmiotów użyć, bo z ich pomocą stłukli państwo Wazów. Choć nigdy nie przekonamy się, co by było, gdyby nie udało się Siczy nawiązać sojuszu ze swym odwiecznym wrogiem, Tatarami, którzy zapewnili Chmielnickiemu to, czego nie mieli jego poprzednicy – kawalerię. A jaki był koniec, wiemy. Przegrali wszyscy, łącznie z Tatarami. Wielki poeta ukraiński, Taras Szewczenko, napisał był kiedyś wiersz „Na mogiłę w Subotowie”, mogiłę – ma się rozumieć – Bohdana Chmielnickiego. Największy poeta swego narodu jest bardzo surowy dla największego tego narodu bohatera, napominając go, że oddał swój „lud hardy” (że hardy to się zgadza) pod władzę Rosji, skutkiem czego nad nim (tzn. „narodem hardym”) moc miały Katarzyny bastardy.

No i wszystko porobiło się do bani, Dzikimi Polami owładnęły bez reszty wilki, a Ruscy pogonili obu narodom kota, co – miejmy nadzieję – już się nie zdarzy. Zwłaszcza że „rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”. Jak na razie takich znaków na niebie nie ma.

drukuj
Podziel się:
Wykop Facebook
koszulka_dejaniry_logo.jpg

Pierwszy koncert w Pacunelach (artykuł)

Około połowy XVII wieku wiedza o kulturze i sztuce była słabo rozpowszechniona w drobnych miejscowościach na Litwie. Przynajmniej do czasu, gdy pojawił się tam Michał Wołodyjowski.

koszulka_dejaniry_logo.jpg

Nieznana noga Katarzyny (artykuł)

Jak się dobrze przyjrzeć spod galimatiasu kolorów i konturów Frenhofera z „Nieznanego arcydzieła” Balzaca wystaje kobieca noga. I to noga nie od parady.

koszulka_dejaniry_logo.jpg

Dudy w miech (artykuł)

Górna Szkocja może i nie jest ojczyzną baroku, lecz przypuszczam, że jest on mocno zakorzeniony w rodzimej tradycji.